Wakacje na półmetku.

28. lipca 2020

Niekiedy, jak człowieka weźmie nerw, to się musi wygadać. No to kolejny tekścik, choć mam obawę, czy nie za długi. Cóż, kto nie chce nie przeczyta, a kto będzie chciał obsmarować (polemizować) ten napisze komentarz – do czego z resztą zachęcam.
Do rzeczy.

Wakacje na półmetku, a w kociołku wre…

Pogoda w kratkę, raz słonecznie i ukrop, innym razem deszcz i dwadzieścia stopni. Ja taką pogodę lubię, a środowisko naturalne wręcz uwielbia, bo rośliny pną się, lub płożą z dzikim rozpasaniem. Były truskawki i wiśnie, a teraz czerwienią się pomidory. Maliny różnych odmian będą z nami aż do jesieni. Czekamy za to na winogrono, którego zielone kuleczki wyglądają obiecująco. Jedynie moje psy dyszą ciężko, szukają cienia i nawet na spacer chadzają bez przekonania. W końcu mają dla siebie cały ogród.


Dla tych, którzy planują wyjazdy, a są rodzicami dzieci do lat 18 czekał będzie już od 01. sierpnia bon turystyczny. Można będzie go zrealizować do marca 2022 po wcześniejszej rejestracji w ZUS. Obietnica prezydencka A.Dudy, pomimo że nie w pełnym wymiarze 1000 pln i nie dla każdego Polaka, ale wydaje się, że jakoś tam będzie zrealizowana. Ciekawi mnie jak duża ilość podmiotów gospodarczych będzie honorowała tę formę płatności, no i jaką będzie miał wartość w rzeczywistości ów bon – czytaj; co będzie można za niego kupić – bo wszak zwiększony popyt, przy wciąż ograniczonej podaży wpłynie na cenę usług, jak zawsze. Nie wybrzydzajmy jednak, bo do obiegu trafi ok. 3,25 mld pln (dzieci do 18 roku mamy w PL około 6,5 mln). To potężny zastrzyk dla krajowej branży turystycznej, tym bardziej że większość rodaków szuka miejsca do spędzenia urlopu właśnie w kraju. Już tłumy kłębią na plażach i na górskich szlakach, nad mazurskimi jeziorami etc. A wszyscy bez maseczek, trochę strapieni cenami, ale w większości jednak roześmiani. Mieszają się w restauracjach, na ulicach, w środkach transportu publicznego. Ślązacy z Pomorzanami, Mazurzy z Krakusami.


A koronawirus wraca z nową mocą. Wyjazd zagraniczny to wyraz dużej odwagi (gwałtownie wzrasta ilość zachorowań we Francji, w Hiszpanii i we Włoszech), ale wakacje w kraju też wydają się coraz mniej bezpiecznym rozwiązaniem. Widoczny jest wyraźny wzrost ilości zakażeń, po niemal 600 dziennie, gdy w momencie najbardziej dotkliwych restrykcji było ich po niespełna 400. Jesień zweryfikuje tę beztroskę, a gdy grypa sezonowa dołączy do Covid odżyją wątpliwości i strach. No i pewnie wrócą restrykcje. Już dziś poddawany jest w wątpliwość start nauki w szkołach we wrześniu. Bądźmy na to gotowi.


A co najbardziej ujęło mnie w polityce, to Szymon Hołownia, który po wyborach (13,8% głosów w I turze) i urlopie zaczyna ofensywę i zapowiada powstanie ruchu Polska 2050. Jak wskazuje nazwa jego ugrupowania, ma plany działania na najbliższe 30 lat, ale chce mieć prędzej wpływ na politykę zamkniętą w kleszczach duopolu, jednak niełatwo mu będzie dociągnąć do wyborów w 2023, które zweryfikują jego wiarygodność. Na razie robi na mnie lepsze wrażenie niż pan Kukiz (plujący jadem i posługujący się językiem kryminału) i zdecydowanie bije wiecznie zagubionego i komicznego Petru z jego „sześcioma królami” i wiedzą, że „na świecie jest jakieś trzydzieści parę krajów” (cytaty). Porównałem go z tymi panami, bo to moim zdaniem podobne „zjawiska” w Polskiej polityce, a wejście Hołowni do polityki wciąż wydaje mi się jakimś eksperymentem socjologicznym, albo zwyczajną zgrywą, jaką robi aby zdobyć materiał do nowej książki. Jestem sceptyczny, co do czystości intencji tego pana. Niedowiarek ze mnie. Może. Słabości jest tu wiele, ot choćby że nie ma Hołownia żadnego zaplecza w postaci współpracowników z doświadczeniem w parlamencie, ani źródła finansowania – to mu nie pomoże. Jest za to – jak mówi – pamiętliwy i emocjonalny, a czego to zapowiedź? Zobaczymy. Ja będę się temu przyglądał z zainteresowaniem, bo będzie albo ambitnie i przełomowo, albo zwyczajnie wesoło.
Borys Budka, wytrawny gracz i cynik prima sort, ma dla niego dużo rad. Oj nie lubią się panowie.


PO z dużą łatwością przykleiło się do wyniku Trzaskowskiego i z właściwą sobie arogancją tłumaczy swą rację bytu poparciem 10 mln obywateli. Wkurza mnie to, bo głosując na Trzaskowskiego nie oddałem głosu na PO. (Ups, może to za duża szczerość! Ale co mi tam…) Opowiedziałem się za liberalną ideologią i wolnością jaką ta oferuje, a nie za ludźmi którzy są skompromitowani, a ich jedyną racją bytu jest, że PiS jest jeszcze gorszym tworem, z zakusami na totalitaryzm i przekonaniem, że obywatel nie potrafi zdecydować o sobie, trzeba go za wziąć za twarz i wytłumaczyć, co dla niego dobre. Błąd! Błąd panowie. Nie idź tą drogą Borysie.


Obawiam się, że Trzaskowski – zapowiadający się na nadzieję liberałów (oby nie ostatnią) – okaże się pisanką, wydmuszka wyborczą. Na razie dryfuje świętując przegraną w wyborach na kolejnych wiecach. Masochista?


Co to ma z resztą być ta Nowa Solidarność? Zostawmy wreszcie symbole, niech znaczą, co znaczyć powinny, bo choć są one fundamentem przyszłości, to jednak potrzeba czegoś nowego, na miarę czasów i oczekiwań.


Co do nadziei; Morawiecki przywiózł z Brukseli obietnicę 159 mld euro (125 mld euro grantów i 34 mld euro pożyczki), choć nikt nie wie za jaką cenę (praworządności, neutralności klimatycznej, etc. choć już słyszymy, że stworzenie stref wolnych od LGBT stanie się ością niezgody…). Śledziliśmy te rozmowy jak występy sztafety lekkoatletycznej na Olimpiadzie. Jedno co władze PiS ustaliły, to że jest to sukces. Podium dla Morawieckiego i Orbana! A przyjęcie tej tezy wcale nie poszło szybko i gładko. Minister Ziobro miał własne zdanie, ale podkopywanie Morawieckiego to u niego niemal rytuał i zapewne musiała podziałać tutaj niewidzialna ręka prezesa, aby zmiękł. Panu premierowi ufa aż 53% badanych przez IBRiS. Może to był argument? No i zapowiadana rekonstrukcja rządu z obcięciem liczby ministerstw to straszak na niepokornych.


Jeśli chodzi o sondę; słabe notowania ma Morawiecki u osób z wyższym wykształceniem i u młodych, a – jeśli dobrze pamietam – miał być osobą, której zadaniem było przyciągnięcie tychże do PiS-u.


Ziobro wypowiada konwencję stambulską, choć nie wiadomo po co? Polemika wywołuje napięcia, bo jedni mówią o prawach kobiet, jakich strzeże owa konwencja, a drugim nie podobają się zawarte tam elementy ideologii gender i pojęcia płci społeczno-kulturowej, którą PiS-owcy mylą z transseksualizmam. Zacytuję tu wiceministra z ministerstwa sprawiedliwości Marcina Romanowskiego: „konwencja stambulska to ideologiczny koń trojański, który jest neomarksistowskim manifestem, sprzecznym z podstawowymi wartościami naszej kultury prawnej. […] Chcemy wypowiedzieć ten genderowski bełkot ratyfikowany przez PO i PLS. Opinia zagranicy nas nie interesuje. Dla nas podstawą jest suwerenne państwo narodowe”. Nie jesteśmy tolerancyjni, oj nie. Ani wyznaniowo, ani dla orientacji seksualnych innych niż tradycyjny model biblijny (ups, tam mowa jest o Żydach!), dla poglądów i nawet dla równouprawnienia ze względu na płeć. Taki kraj, tacy ludzie. Jestem przekonany, że trzeba zwyczajnie czasu, by się to zmieniło.


Na świecie zaś wciąż niepokoje i demonstracje. Na Białorusi w czasie kampanii wyborczej brzmią słowa „Murów” Jacka Kaczmarskiego, co może być zapowiedzią powtórki z ukraińskiego Majdanu. W USA wciąż trwają zamieszki na tle rasowym i w sprzeciwie dla polityki D.Trumpa. Brazylią wstrząsają protesty na tle gospodarczym i wobec zlekceważenia zagrożenia koronawirusem. Na Kaukazie konflikt Azerbejdżańsko-Armeński z Rosją i Turcją w tle. A w polityce globalnej dwa supermocarstwa walczące o wpływy i supremację eskalują działania. USA i Chiny wydalają swoich dyplomatów i dziennikarzy, zrywają kontakty i ograniczają coraz bardziej możliwości komunikacji. Chińczycy szpiegują i kradną technologie, wzmacniają swoją pozycję gospodarczą i zyskują wpływy, gdy Ameryka osłabiona koronawirusem i demonstracjami zmierza w kierunku kryzysu. Brak równowagi jest groźniejszy niż się nam wydaje, bo Chińczycy wykorzystają przewagę bezwzględnie, jak to komuniści. D.Trump zaś gra w tę niebezpieczną grę w staraniu o reelekcję.
Dzieje się dużo i szybko. Pomimo wakacji, które są na półmetku.


Na koniec coś pozytywnego; polska myśl technologiczna dogania liderów zmian, a mam tu na myśli pojazdy elektryczne. Zaprezentowany został model Izery, a już za moment zobaczymy reaktywację Syrenki i Poloneza! Niech się lęka Elon Musk i jego Tesla, BMWi, Mercedes EQC, Nissan Leaf, Audi e-tron i inne. Polacy nadchodzą!


Bawcie się więc tego lata elektrycznie, wystrzałowo i wspaniale. Wypoczywajcie jednak odpowiedzialnie, z zachowaniem odległości społecznych oczywiście, w maseczkach i dezynfekując dłonie. Wszystkiego dobrego i do usłyszenia!

Stos nr. 2 – Filozoficznie, naukowo i nieco transcendentalnie z Hararim, Hawkingiem et consortes.

Tym razem kilka książek, które w ostatnim czasie miały istotny wpływ na kierunek moich przemyśleń o miejscu ludzi w wielkim wydarzeniu, jakim jest Istnienie. Nie bez kozery piszę o wydarzeniu, bo określenia “projekt” lub “dzieło” narzucają pewną ramę i ograniczenie dla percepcji, bo czyj niby jest ten projekt, a każde dzieło ma zawsze swego twórcę. Dla wierzących w Boga odpowiedź jest prosta, ale autorzy tych pozycji nie idą na łatwiznę i stawiają szereg pytań, przez co pobudzają do zastanowienia, nadają też pewien kierunek owym rozmyślaniom.

O projekcie piszą Hawking i Mlodinow poruszając się wzdłuż osi czasu od tajemnicy stworzenia po próbę zrozumienia, czym jest świat nas otaczający i czy Bóg ustanawiający prawa rządzące światem sam także podlegał jakimś prawom. My zaś widzimy świat zniekształcony jak złote rybki w kulistym akwarium. Hawking zadaje pytanie, czy jesteśmy ofiarami Matrixa? Wszystko bowiem, co widzimy i czujemy jest tylko projekcją zmysłów. Mechanika kwantowa burzy naszą pewność w istnienie czegokolwiek pewnego, budując obraz świata jako jedynie prawdopodobnego i jednego z milionów możliwych. Inne wg M-teorii w ilości 10 do potęgi 500 mogą przy tym istnieć równolegle. Nie ma tu miejsca na przeznaczenie, przyszłość którą da się przewidzieć. Kult mechaniki kwantowej obecny jest w “Elementy…” M. Hellera. Droga w czasoprzestrzeni jest tu pojęciem bez sensu. Co najwyżej jest wyrok Boga, jeśli nie zwykły przypadek. Bóg wydaje się jednak znawcą fizyki, poza ludzkim zrozumieniem. Uff… wolę prawa Newtona! Jedyna pozytywna wiadomość dotyczy dylatacji czasu, czyli, że szybciej poruszający się ludzie starzeją się wolniej… Jak to wszystko działa? Odpowiedzią dla wielu jest właśnie Bóg, ale być może ma teraz wakacje, bo nie pokazuje się od wieków. kto jednak stworzył jego? A jeśli to ludzki umysł samokreuje struktury matematyczne, to skąd ma taką zdolność?

Isnienie Boga odrzuca Y.N.Harari.

Przyznam, że choć od pierwszego przeczytania trzech traktatów Yuvala Noaha Harariego minął niemal rok wciąż jestem pod wpływem i wrażeniem jego sposobu pojmowania naszego miejsca we Wszechświecie i tego w jaki sposób przedstawia przemiany cywilizacyjne i ich powody, a także demaskuje nasz dzisiejszy sposób pojmowania rzeczywistości (dość jednak ograniczony) i zachowania, które są wynikiem doświadczeń nabywanych przez tysiące lat ewolucji. To opowieści o nas samych, próba zmierzenia się z wewnętrznymi sprzecznościami, potrzebami, skłonnościami – również tymi do przemocy, potrzebą Boga, lub jego odrzuceniem i konsekwencjami – najczęściej tragicznymi – miksu wszystkich tych składowych. Harari dogłębnie analizuje ludzką psychikę wyciągając to, co stanowi energię tworzącą, albo niszczącą. Pokazuje też możliwe konsekwencje tego, co czynimy jako ludzkość dziś.

W “Homo deus” zauważa, że w dzisiejszym świecie tragedie to bardziej wyzwania, które człowiek jest w stanie zrozumieć i nie jest wobec nich bezradny. Nie znamy wprawdzie jeszcze szczepionki na Covid19, ale ludzkość nie reaguje już panicznie urządzając pielgrzymki do grobów świętych, albo powierzając zadanie wybawienia nas od choroby Bogu. Dziś już jesteśmy w stanie uwierzyć, że to nauka da nam odpowiedź, a uzdrowią nas lekarze. To już coś.

Myślą, którą Harari zgłębia jest “prawo do szczęścia”. Szczęście to dla niego waluta na równi z pieniędzmi, surowcami i zdobyczami techniki. Tam, gdzie go brak nie będzie postępu, a cywilizacja, której członkowie pozbawieni będą tego prawa runie. Bardzo podoba mi nie ten tok rozumowania, choć przewrotność Harariergo uderza w to zadowolenie. W procesie uszczęśliwiania ma swoje miejsce bowiem i biochemia – suplementy, lekarstwa, antybiotyki, używki, narkotyki, ucieczka do wirtualnej rzeczywistości etc. Prawdziwe szczęście to bowiem stać się bogami; żyć wiecznie w zdrowiu i bogactwie, z dostępem do wszechwiedzy i z mocami Supermana. To nie są hasła, to nie jest coś co znamy z filmów jako element zepsutego świata. To nasza rzeczywistość i ścieżka ku przyszłości, ku genetycznym zmianom i sztucznej inteligencji, która być może będzie traktowała nas tak, jak my dziś traktujemy człekokształtne małpy.

W “21 lekcji…” Harari obarcza nas wszystkich odpowiedzialnością za teraźniejszość i nie toleruje bierności w kształtowaniu przyszłości. Mamy milion wytłumaczeń, każdego dnia, by tego obowiązku nie brać na plecy, ale… Każdy z nas może być tym motylem, którego bicie skrzydłami wywoła trzęsienie ziemi miliony kilometrów dalej. A nasz głos jest ważny, ot choćby w wyborach. I chociaż w większej części procesu decyzyjnego rządzą algorytmy, to one decydują o naszych zachowaniach, to jednak emocje często decydują o kształcie przyszłości. Emocje to coś czego nie ma i nieszybko będzie miała sztuczna inteligencja. Dlatego nie można też lekceważyć ludzkiej głupoty. ale o tym jest już książeczka “Ludzie – krótka historia…”, która choć napisana językiem nieporównanie prostszym i nie stojąca nawet w połowie drogi między tabloidem a filozofią, to jednak pokazuje jak potrafimy spierdolić proste rzeczy.

Pływamy w czasie i to czas jest miarą naszego istnienia. Czym jednak jest czas? To próbuje wyjaśnić C.Rovelli w “Tajemnicy…”. Powyżej pisałem o ruchu, jako elemencie spowalniającym upływ czasu, a jednak i wysokość ma tu znaczenie. Warto więc spędzić wakacje nad morzem? Owszem, bo tu czas płynie wolniej, również w sensie fizycznym, bo Ziemia mając swą masę spowalnia go im bliżej jej środka. A więc morze. I to najlepiej latem, bo ciepło to pobudzenie, wszak gorąca herbata, to herbata o bardziej pobudzonych cząstkach. Nie zastanawiajmy się też nad teraźniejszością decydując się na lody, czy kawę za którą trzeba zapłacić fortunę, bo żadna teraźniejszość nie istnieje, a to że w portfelu pusto, to efekt czarnej dziury, której natury nie zgłębili jeszcze naukowcy.

No cóż, starałem się streścić tutaj treść siedmiu interesujących bryków, ale w sposób oczywisty nie chciałem opisać w całości ich treści, a to dlatego, by zachęcić Was do lektury. Czas wszak jest sprzyjający, bo to wakacje.

A przy czytaniu warto nawodnić się i nadać lekturze nieco lekkości dzięki smacznym napojom. Wszak in vino veritas, a więc polecam Primitivo di Manduria – moje ulubione. Smacznego i miłej lektury!

W stosiku znalazły się:

“Sapiens – Od zwierząt do bogów” Yuval Noah Harari

“Homo Deus” Yuval Noah Harari

“21 lekcji na XXI wiek” Yuval Noah Harari

“Wielki projekt” Stephen Hawking i Leonard Mlodinow

“Elementy mechaniki kwantowej dla filozofów” Michał Heller

“Tajemnica czasu” Carlo Rovelli

“Ludzie – Krótka historia o tym, jak spieprzyliśmy wszystko” Tom Phillips

Finał wyborów i wakacje!

13 lipca 2020

Koniec festiwalu wyborczego. Wreszcie! Wynik jaki jest każdy widzi. Prawa demokracji są nieubłagane. Oczywiście będą skargi, łkanie i dąsy – to już nawet zapowiedziane, ale niczego one nie zmienią. Wybór A.Dudy pokazuje w moim przeświadczeniu, że nasze społeczeństwo wciąż mocno tkwi w prawicowym przeświadczeniu o opiekuńczej roli państwa, jego misji sprawczej w kształtowaniu teraźniejszości i przyszłości. To na pewno łatwiejsze niż wiara w siebie i przejęcie kontroli nad własnym życiem. Wszak im więcej swobody, tym więcej odpowiedzialności za siebie i wyborów, które nie są łatwe. Słaba, w porównaniu z rzeszami konserwatystów, socjalistów, emerytów i rencistów jest klasa średnia i ludzie aspirujący, a także liberałowie z przekonania. Wyboru nie ułatwiła wciąż żywa pamięć o matactwach i braku wrażliwości społecznej ludzi z obozu PO zakończone przegraną w wyborach w 2015 r. a socjalne transfery są łasym kąskiem dla starszych i części młodszych, którzy startują w życie z niepewnością, co zgotuje im los. Być może wynik byłby inny, gdyby nie Covid, bo w takich czasach chętniej oddajemy możliwość decydowania o sobie instytucjom i ograniczona możliwość przemieszczania się, która spowodowała, że nieco osłabła nasza “europejskość”. Podział głosów niemal po równo między kandydatów pokazał, że jesteśmy społeczeństwem niejednolitym, ale to żadne odkrycie. Ważne abyśmy szanowali się w tej różnorodności. Osobiście pretensje mam jedynie do ludzi, którzy nie zagłosowali. Uważam, że niesłusznie otrzymują swoje zasiłki, 500+, etc. jeśli nie są w stanie w zamian pójść raz na cztery, czy pięć lat do lokali wyborczych. Wstyd, a w zasadzie Bezwstyd!

Dla nich wszystkich… Same, shame, shame! Shirley&Co.

Jaka będzie prezydentura Dudy w II kadencji? Walczy wszak o to, jakim zapamiętają go potomni. Oby była lepsza niż pierwsza. Więcej nie pragnę. Czekam także na spełnienie obietnic wyborczych. Było ich bez liku! Wiele też przed A,Dudą wyzwań i zagrożeń…

… ot choćby tak zwana repolonizacja mediów, czytaj; więcej propagandy sukcesu obozu rządzącego. Wezmą się też za gejów, lesbijki i wszelkie inne eLGeBeTy, bo to przecież ideologia nie ludzie, za tych co nie są katolikami (a więc i nie patriotami), za przedsiębiorców, bo to potencjalni vatowscy mafiozi, za zwolenników in vitro i aborcji… Dużo jest jeszcze do naprostowania w Polsce.

W komentarzu “Heaven on their Minds” z musicalu Jesus Christ Superstar.

A tymczasem lato uwodzi słonecznymi uśmiechami złotowłosej dziewczyny, aby po chwili kapryśnie się nachmurzyć i po gorącym pocałunku posłać nam chłodne spojrzenie inkwizytora. Nie wiadomo, czy się rozebrać, czy ubrać, jechać nad morze, czy raczej w góry? Nie ważne, bo wszędzie pełno ludzi. Według CBOS 80% Polaków planujących wakacje zostanie kraju, a tylko 5% zdecydowanie wyjedzie za granicę. Zagrożeniem jest ewentualna druga fala wirusa, ponowne zablokowanie ruchu lotniczego, lub konieczność kwarantanny. O cenach jedzonka nad polskim morzem pisałem w jednym z poprzednich wpisów, ale wszędzie jest podobnie. Może więc zagranica? Od 10 lipca do Anglii, Irlandii i Szkocji udamy się bez kwarantanny. To pocieszające, choć oczywiście zmierzą nam temperaturę. Możemy polecieć do Grecji (po wypełnieniu odpowiedniego formularza na tavel.gov.gr, na którego podstawie dostaniemy kod QR do okazania na lotnisku i możemy być wylosowani do testu na COVID). Jest możliwość spędzenia wakacji między innymi w Chorwacji lub Bułgarii. Wracają połączenia do Włoch i Hiszpanii.

Jedną z form, która zyskuje na atrakcyjności jest caravaning, ale wynajęcie dziś “turystyka” graniczy z cudem. To bezpieczniejsze i niekiedy tańsze niż all inclusive z biurem podróży. Część z moich znajomych wybiera się także na wyjazdy własnymi autami osobowymi. To trochę męczące, ale daje możliwości zwiedzenia wielu fajnych miejsc “po drodze”. Miłej podróży!

Dla wszystkich podróżujących Willie Nelson “On the road again.”

Dla tych, co zostają w kraju nieprzyjemną konsekwencją Covid jest, że mocno podrożały działki rekreacyjne. Ze sklepów znikają baseny i dmuchane fotele w fantazyjnych formach, przydomowe jacuzzi, sztuczna trawa (na balkony) i maty wiklinowe. To czas dla majsterkowiczów, bo kiedy jak nie teraz poświęcić się temu zajęciu? Coś o tym wiem, bo sam zawsze mam coś do zrobienia. Czas wakacji to też szansa na powrót do jakiegoś zapomnianego hobby, choćby do jazdy konnej, gry na gitarze, rysowaniu, malowaniu, pisaniu… Życie za krótkie jest na to wszystko. Tak więc, do dzieła!

A na dobry koniec tego wpisu właśnie “Live is too short” Scorpions w wersji akustycznej.

Do miłego!

Twardziele i Ciacha

  • czyli faceci nie z tej ziemi… – wersja 04.2020
  1. George Michael czyli Geórgios Kyriákos Panajiótu (ur. 25.06.1963) – piosenkarz
  2. Prince czyli Prince Rogers Nelson(07.06.1958) – piosenkarz
  3. Patryk Swayze czyli Patrick Wayne Swayze (18.08.1952) – aktor

chcesz dodać swoje propozycje, albo zagłosować na te powyżej wpisz komentarz ze swoją kolejnością od 1-3.

Gorrrące Towary!

  • czyli kobiety i dziewczęta, których wdzięk, talent i uroda mnie urzekają…

  • Marilyn Monroe czyli Norma Jeane Mortenson (ur. 1 czerwca 1926 r. – zm.5. sierpnia 1962) – aktorka, piosenkarka

No kto by jej nie znał i nie podziwiał?! Ikona seksu i wzór do naśladowania dla milionów kobiet na całym świecie. Uroda, sposób bycia, sex appeal i głos… Jej “Happy birthday mr President” dla J.F.K. brzmi jak westchnienia orgazmu. Urodziła się w Los Angeles, ale jej dzieciństwo nie było szczęśliwe – została przez matkę oddana do rodziny zastępczej. Od 1946 roku pracowała dla 20th Century Fox (a wcześniej w fabryce), ale potem zmieniała wytwórnie. Trzykrotnie wychodziła za mąż. Ja pamietam ją głównie z “Niagary”, gdzie pokazała się zawinięta jedynie w ręcznik. W czasach, gdy film był nowością było to bardzo odważne.

  • Sandra Bullock czyli Sandra Annette Bullock (26.07.1964) – aktorka

Jeśli chodzi o urodę, jej najsilniejszymi atrybutami są w moim przekonaniu urzekający uśmiech i piękne, choć dość silnie zbudowane nogi. Zadebiutowała w 1987 roku w dreszczowcu “Hangmen, grała też w filmach sensacyjnych, melodramatach i sf, choć ja wolę jej role w komediach romantycznych. Podziwiam jej dystans do siebie samej; jako jedna z nielicznych odebrała osobiście Złotą Malinę dla najgorszej aktorki w 2009 r. (w sumie otrzymała 2 takie nagrody). W 2010 otrzymała Oscara. W życiu prywatnym nie układało jej się najlepiej. W 2010 roku się rozwiodła. Wychowuje adoptowane, czarnoskóre dziecko.

  • Charlize Theron (07.08.1975) – aktorka

No cóż, można powiedzieć, że znów uśmiech i nogi… Urodzona w RPA gwiazda jest zdobywczynią Oscara, Złotego Globu i wielu innych prestiżowych nagród. Ma powalające spojrzenie i niezwykły wdzięk, w dużej mierze doszlifowany w modelingu i w szkole baletowej w NY. Pierwszy raz zagrała w 1996 r. w filmie “Dwa dni z życia doliny”, gdzie pokazała wiele ze swoich “tajemnic”. Do Playboya pozowała jeszcze jako nieznana modelka, a jako gwiazda w roku 1999 r., jednak przy tej okazji wyciekło kilka jej “niegrzecznych” zdjęć z wcześniejszych sesji. Patronuje projektowi wspierania walki z AIDS, poprawy życia kobiet w Afryce i wspiera wiele innych inicjatyw charytatywnych.

  • Julia Fiona Roberts (26. października 1967 r.) – aktorka

Wszyscy znają ją przynajmniej z obrazu “Pretty Woman”, gdzie zagrała prostytutkę u boku Richarda Gere. Kopciuszek, który zmienia się w księżniczkę, to poza romantyczną otoczką dość śmiała wizja. Kobietą Julia jest jednak piękną, bez wątpienia. Laureatka Oscara w roku 2000. Mieszka w NY z mężem i trójką dzieci.

  • Nicole Scherzinger (29. czerwca 1978) – piosenkarka, aktorka

Urodziła się w Honolulu. Jej ojciec jest Filipińczykiem, a matka pochodzi z rodziny ukraińsko-hawajskiej, tak więc ma Nicole sporą domieszkę słowiańskiej krwi. Nie ma na koncie takich osiągnięć jak dwie wcześniej prezentowane panie, ale tym jak się rusza zasługuje na miejsce w moim zestawieniu. Na zdjęciu razem z dziewczynami z Pussycat Dolls.

  • Gisele Bŭndchen (ur. 20 lipca 1980 r.) – modelka

Zdaniem wielu najpiękniejsza kobieta świata, a także najbogatsza modelka. Na pewno ciało ma obłędne! Pochodzi zaś z Brazylii, choć jej rodzice są Niemcami. Ma jeszcze 6 sióstr, w tym bliźniaczkę. Chciała zostać siatkarką, ale nie nie udało 🙂 Od 1996 r. pracuje i mieszka w NY, a prezentowała np. komputery Apple. Ma też za sobą doświadczenia aktorskie i wokalne.

Zajemuza

  • czyli muzyka, bez której życie byłoby nieznośne…

So close no matter how far
Couldn’t be much more from the heart
Forever trusting who we are
And nothing else matters…

Nic więcej się nie liczy, niż to kim jesteśmy, żyjmy więc zgodnie z własnym sercem, bo to życie jest nasze… To niemal hymn dla ludzi, którzy biorą życie w swoje ręce i dawka pozytywnej energii, gdy dzień jest gorszy, a wiara w siebie wsiąka w suchą glebę rzeczywistości. Za każdym razem, gdy słucham tego kawałka mam ciary. Pierwszy raz wysłuchałem tej ballady w radiowej Trójce, gdzie pojawiła się w kwietniu 1992 r, a już w maju była na miejscu 1 – LP3 i pozostała tam przez 6 notowań. W tym czasie zmagałem się z matematyką, fizyką i mechaniką na pierwszym roku studiów – oj, nie było łatwo! Przeżywałem wtedy także (wciąż) rozstanie z moją ówczesną miłością, którą serdecznie pozdrawiam, gdziekolwiek jest i cokolwiek robi.

Oh, pilot of the storm that leaves no trace, 
like thoughts inside a dream
Heed the path that led me to that place, 
yellow desert stream
My Shangri-La beneath the summer moon,
I will return again
Like the dust that lufts high in June,
when moving through Kashmir.

Nieco psychodeliczna i wprawiająca w trans melodia, z poetyckimi słowami Roberta Planta, który napisał je podróżując po Saharze w Maroku. Nie wiem, co wtedy brał, ale dało świetny efekt, który uwydatnia się z każdym łyczkiem wina sączonego przy słuchaniu tego kawałka. Z czasem unoszę się do lotu w przestworzach, zmierzając ku miejscu na uboczu świata, we śnie, gdzie wiatr smaga moją twarz pyłem niesionym nad Kaszmirem, a czerwcowe słońce pali czoło. Doskonała piosenka, gdy w gorący dzień leżymy na plaży, słońce dotyka nas gorącymi palcami, a a wiatr niesie piasek z wydm. Mi kojarzy się wakacjami w Tunezji, gdzie i słońce i pustynię można jeść łyżkami.

Smoke on the water and fire in the sky, 
Smoke on the water. 

Świetna muzyka, doskonały riff, a słowa… Piosenka dużo bardziej podobała mi się, gdy mało rozumiałem po angielsku. Cóż, widać że hit może powstać również bez przesłania jak w “Nothing else matter”, i bez natchnienia lirycznego jak w “Kashmir”, ale przynajmniej wiemy, jak wyglądała praca nad tym kawałkiem :-), no i znamy historię pewnego pożaru. Kawałek jednak ze względu na brzmienie lubię, szczególnie o zachodzie słońca, gdy wydaje się, że świat staje w płomieniach.

Like a true nature’s child
We were born, born to be wild
We can climb so high
I never wanna die

Obowiązkowy kawałek dla każdego fana dwóch kółek i dzikiej jazdy po bezdrożach. Często odpalam tę muzę, gdy ruszam autem w trasę, choć może to lekka profanacja :-). Generalnie tekst bez wielkiej głębi, ale za to pełen czystej radości z życia i pokonywanych kilometrów. Utwór ma już parę lat, ale to co dobre się nie starzeje. Prawda? Fajnie usłyszeć ją w filmie “Easy Rider”, a motory Wyatta i Billego to Harleye Hydrea-Glide. Boskie!

Down around the corner
A half a mile from here
You can see them long trains run
And you watch them disappear

Kiedy byłem dzieckiem, spędzałem część wakacji u mojej babci na wsi. Z balkonika na piętrze widoczne były tory kolejowe, a co jakiś czas (pewnie mniej więcej w zgodzie z rozkładem) przemykały po szynach pociągi osobowe i towarowe. Pamiętam, że niektóre lokomotywy były jeszcze parowe. Buchały kłębami dymu z kominów i hałasowały niesamowicie. Swoistą rozrywką w oczekiwaniu na spotkanie z rówieśnikami było dla mnie liczenie wagonów, co było szczególnie trudne w przypadku składów towarowych, gdzie wagony były nie do rozróżnienia. “Przyjdzie”, “nie przyjdzie”, oczekiwałem wróżby z ich ilości myśląc o pewnej koleżance, w której się wtedy kochałem. Kiedy jechał osobowy myślałem o tych wszystkich ludziach podróżujących w sobie wiadomych celach z przeszłości w przyszłość, bo choć stacje są podróżnym znane, to czyż wiadomo, co ich na nich czeka? Dom od torów oddzielało pole, na którym bujały się kłosy zbóż, co nadawało widokowi niesamowitości, jakby lokomotywa i wagony frunęły ponad falującym morzem. Mam te obrazy wciąż w głowie. Życie jednak gna, tłoki wciąż się pienią, a koła toczą i toczą – o tym śpiewają The Doobie Brothers.

I know I dreamed you a sin and a lie 
I have my freedom but I don’t have much time 
Faith has been broken, tears must be cried 
Let’s do some living after we die

Z jednym z moich kolegów mieliśmy trwającą kilka lat polemikę, The Rolling Stones czy The Beatles. Byłem po tej drugiej stronie, choć dziś myślę inaczej. Do Stonesów trzeba dorosnąć, takie mam o tym przemyślenie. A ta piosenka jest szczególna w ich dyskografii – dla mnie (nie tylko dla tego, że wydana w roku mojego urodzenia), bo choć moje dzieciństwo nie było takie beztroskie, to napędzały mnie zawsze dwie siły; marzenia i miłość, a nawet dziś dzikie konie nie mogą mnie odciągnąć od dążeń ku jednemu i drugiemu. Z drugiej strony, w pewnym wieku sami stajemy się takimi dzikimi końmi gnającymi przed siebie, cokolwiek jest tam, na końcu.

I don’t know how else to put this
It’s taken me so long to do this
I’m falling asleep and I can’t see straight
My muscles feel like a melee
My body’s curled in a U-shape
I put on my best but I’m still afraid

Z muzyką Stone Sour zetknąłem się niedawno, pomimo że band gra już od 1992 roku. Chłopaki pochodzą z Iowa w US i w większości “ostro jadą na sprzęcie” dając niezłą muzę o metalowym brzmieniu. W tym kawałku okazują się również romantykami rocka. Co do Zzyzx Rd, to taka droga naprawdę istnienie, wiedzie przez pustynię Mojave w Kaliforni, sam nią jechałem i wiem, że można złapać tam deprechę, co pobrzmiewa w tym kawałku.

Space may be the final frontier
But it’s made in a Hollywood basement
Cobain can you hear the spheres
Singing songs off station to station
And Alderon’s not far away
It’s Californication

Kalifornizacja życia, czyli uprzedmiotowienie człowieka, które ten funduje sobie sam poprzez realizację marzeń o hollywoodzkim śnie; to smutne przesłanie piosenki, którą włączyłem sobie stojąc u podnóża góry Lee, mając za plecami Los Angeles. W ten sposób zrealizowałem jedno ze swoich marzeń, takie na miarę. Jest coś niezwykłego w tym miejscu (myślę o Kaliforni), co wzbudza tęsknotę, gdy już się tam było. Podróże kształcą, mówi porzekadło, jednak czasem zamiast zaspokajać pragnienia pozostawiają niedosyt, który ciężko zaspokoić substytutami. Wrócę tam na pewno.

When I’m drivin’ in my car 
And that man comes on the radio 
He’s tellin’ me more and more 
About some useless information 
Supposed to fire my imagination 
I can’t get no, oh no no no 
Hey hey hey, that’s what I say 

Już od pierwszych akordów tej kultowej piosenki czuję jak coś we mnie urasta do buntu przeciw rzeczywistości otaczającej jak pajęcza nić, gdzie wciąż gadające głowy wtłaczają mi coś do głowy (vide ostatnie wybory lub bieżąca medialna sieczka informacyjna), przekonują do swojej wizji, ale przyznam, że niekiedy sam w pogoni za satysfakcją gubię drogę i błądzę po bezdrożach niezaspokojenia. Chcę więcej i więcej, wciąż głodny czegoś, czego sam nie potrafię nawet nazwać. Czy ta piosenka to manifest hedonistów? A może raczej wyraz buntu przeciw konformizmowi, poddaniu się woli tłumu i dzikiemu konsumpcjonizmowi – jak mówią krytycy. Jakkolwiek rozstrzygać na gruncie etyki i filozofii, piosenka po prostu kręci, jak dobre whisky, taki 55-letni single malt! Biorę!

Before I met you baby
I never knew what I was missin’

Każda miłość jest pierwsza i kiedy przychodzi odkrywamy, czego nam było trzeba, nawet jeśli wcześniej tego sobie nie uwiadamialiśmy. Szczęściem jest, gdy okazuje się odwzajemniona, pełna czułości i oddania, pięknych słów i magii wspólnych chwil. Ech, rozmarzyłem się, ale czy nie jest łatwo kochać i pragnąć przy tych gorących rytmach? Mam w pamięci wieczory roku 90′ – miałem wtedy 19 lat i studniówkowe stresy, ale też wiele wspaniałych chwil, związanych choćby z Teatrem Tańca, gdzie ćwiczyłem w otoczeniu świetnych ludzi. Jest co wspominać.

Stos nr. 1 – Historie o Englalandzie pisane ręką B. Cornwella.

Wojny Wikingów; 12 tomów, ale żal gdy już koniec!

Wojny Wikingów B. Cornwella ma swoje lepsze i gorsze momenty. Jednak kończyłem czytanie 12 tomu z żalem, że to już koniec. Nie natrafiłem bowiem dotąd na lepiej sfabularyzowaną historię Anglii w epoce, gdy kształtowała się jej tożsamość. B. Cornwell doskonale oddał ducha epoki, a jego sceny batalistyczne wbijają w fotel. Dzieje Uthreda z Babbenburga poznajemy od trudnego dzieciństwa, gdy jego ojciec ginie, a on sam trafia w niewolę u jarla Ragnara. Autor opowiada o dorastaniu Uthreda w gronie duńskich wojowników, którzy z czasem stają się jego rodziną, o służbie u saskiego króla Alfreda i jego syna Edwarda, służbie która niesie z sobą wiele wyrzeczeń, zmusza do kompromisów, pośród których bohater znajduje ścieżki losu za sprawą serca i rozumu. Przeznaczenie jest wszystkim – mawia i podejmuje niezłomnie wyzwania jakie stawia mu życie i przeciwnicy. Fabuła zręcznie wpleciona jest w udokumentowaną historię, a postaci fikcyjne mieszają się z autentycznymi wypełniając luki z kronik. Powieść zachwyca kolorytem opisów, różnorodnością postaw i charakterów, konsekwencją bohaterów, ale jest w tej prozie wiele momentów zaskakujących. Znajdziecie tu miłość i krew, przyjaźń i zdradę, okrucieństwo i łaskę, walkę o ziemie i wpływy, zderzenie kultur i wiar – Thor i Wodan w myślach i na tarczach swych wyznawców stają przeciw wojownikom i kapłanom Chrystusa. Gorąco polecam!

Trylogia arturiańska; mieszane uczucia.

Zdecydowanie więcej oczekiwałem od autora tak udanej serii, jak Wojny Wikingów i pewnie inaczej odebrałbym tę książkę, gdybym przeczytał ją wprzódy. Pierwszy tom wydany został wszak w 1995 r. Po pierwszych stronach zastanawiałem się, czy warto dalej, bo legenda arturiańska w wykonaniu Marion Zimmer Bradley “Mgły Avalonu” tak zapadła mi w pamięć i podbiła wyobraźnię, że trudno było mi znaleźć miejsce na inne wyobrażenie postaci i wydarzeń z tego okresu. Z oporem przyjmowałem zdziwaczałego Merlina, pełnego dylematów i cały czas wątpiącego w swoją misję Artura, rozpustnej Ginewry i Lancelota który stanowi o elemencie LGBT w powieści. Historię opowiada Derfel, Sakson który walczy po stronie Brytów (Walijczyków), u boku Artura, bo jego matką była właśnie niewolnica wywodząca się z rdzennej ludności wysp. Trudno oprzeć się wrażeniu, że najciekawsze wątki B. Cornwell wykorzystał i rozwinął później w Wojnach Wikingów, bo podobieństw obu cykli można znaleźć wiele. W miarę czytania przyzwyczajałem się jednak i nabierałem zaufania do kreowanej wizji. Do ostatniej strony trzeciego tomu dotarłem bezboleśnie, jednak książka pozostawiła mi mieszane odczucia. Myślę, że mimo wszystko warto po nią sięgnąć, tym bardziej jeśli jeszcze nie czytaliście Wojen Wikingów. Zachowajcie odpowiednią kolejność, a unikniecie rozczarowań, które mi nieco przeszkadzały w lekturze.

Więcej o Bernardzie Cornwellu i jego twórczości znajdziecie tutaj.

Do czytania powyższych książek oczywiście polecam szklaneczkę whiskey. Na zdjęciu podarowana mi przez przyjaciół 12-letnia Teeling The Revival stażona w beczkach po burbonie i finiszowana w beczkach po brandy i koniaku. W smaku krem waniliowy, miód i praliny, nieco cytryny i oczywiście dębowa cierpkość. Niesamowita woń i cudowny finisz. Do szesnastu książek nie wystarczy jednak chyba jedna butelka… Smacznego!

Wyborcza cisza. Idylla.

Pogoda piękna jak marzenie, od lasu dochodzi śpiew ptaków, a wróble ćwierkają ukryte w żywopłocie, albo ganiają się w podcieniach, pszczoły i bąki harcują w lawendowych pióropuszach i w gąszczu lilii, wiatr miło chłodzi gdy słoneczko przygrzewa. Idylla. A do tego dziś niedziela. Cisza wyborcza służy światu i po kampanii jak przesłodzona herbata urokliwy świat wyłania się z tego syropu. Nacieszmy się, bo niedługo to potrwa. Mamy wrodzone tendencje do spieprzenia wszystkiego co fajne. Już w boksach czekają redaktorzy programów telewizyjnych, dziennikarze z gazet i portali, aby gdy tylko wybije dwudziesta pierwsza ruszyć po krew i mięso. Eksplodują słupki i linie wykresów, pojawią się analizy jakich nie wymyśliłby pisarz sf, dogłębne bilanse jak głosowali ludzie w niebieskich koszulach, a jak ci w sportowym obuwiu i czy posiadanie wąsów ma wpływ na preferencje wyborcze. Ale to wieczorem.

Coś fajnego znalezione w sieci i właśnie o idylli, rozumianej tyleż bezpośrednio, co aluzyjnie. Alicetea “Idylla” – warto posłuchać!

A’propos partolenia; przeczytałem ostatnio książeczkę “Krótka historia o tym, jak spieprzyliśmy wszystko” autorstwa Toma Phillipsa, a jeśli nawet nie jest to literackie arcydzieło, daje do myślenia – przede wszystkim o tym, jak rzadko uczymy się na błędach. Moim bohaterem z tej książki jest Tom Midgley, wynalazca benzyny ołowiowej i CFC – freonu. Pierwszy wynalazek zdegradował środowisko i zniszczył zdrowie milionów ludzi w kilku pokoleniach i na całym świecie, wpływając również na poziom przestępczości (to akurat bardzo ciekawe połączenie), a drugi zdegradował powłokę ozonową do tego stopnia, że skutki widoczne są bez wnikliwych analiz. W obu przypadkach beneficjentem był koncern General Motors. Autor książki wprowadza pojęcie “gromadomyślenia”, opisujące jak ulegamy dominującej koncepcji kreowanej przez charyzmatycznych przywódców, lub grupy wpływów, nawet gdy serwowane przez nich idee są z gruntu idiotyczne, nieprawdziwe i szkodliwe. Ludzie inteligentni i wrażliwi nie mają zazwyczaj gardeł przystosowanych do krzyku. Głupota za to jest głośna, o tak! Skąd my to znamy…

Pandemia za to nie zwalnia; mamy sytuację jak na przełomie marca i kwietnia, czyli 200-300 zakażeń codziennie oraz ok. 10 zgonów każdego dnia. Ciekaw jestem rozwoju Covid po wyborach, w zależności od zwycięstwa jednego z kandydatów, zwłaszcza tego drugiego.

Czy przywykliście już do maseczek? Wielu wciąż neguje ich zasadność (z uporem antyszczepionkowców), szczególnie w wysokich temperaturach. Fakt, niełatwo w nich wytrzymać, szczególnie gdy pracuje się w zamkniętym pomieszczeniu i bez klimatyzacji. Częstsze ostatnio kontrole Policji w marketach wpłynęły jednak na zmniejszenie plagi astmy lepiej niż immunoterapia (zainteresowanych odsyłam tutaj). Znacznie łatwiej przywyknąć do pracy on-line, do telekonferencji i braku tłoku w restauracjach, do mniejszych korków na ulicach, braku biegów ulicznych i kolumn rowerzystów, którzy w imię jakiej idei paraliżują centra miast. Naraziłem się, a niech tam.

W tym klimacie Roling Stones z kawałkiem “Living in a ghost town”.

Na koniec zachęcę was jeszcze do głosowania, bo na któregokolwiek kandydata oddacie głos, pamiętajcie; “kto głosuje ten się liczy!”

Prócz zegara…

wieczór sączy się tykaniem

ukrywa twarz pod maską minut

w lustrze nic się nie odbija

prócz nagiej przezroczystości

kandelabr już nie roni wosku

milczy świeca śpiąc w białości

przestrzeń zmęczona dziennym trwaniem

zdejmuje płaszcz tkany z trójwymiaru

i krople barw zbiera w chłodne dłonie

kryje ich blask pod kotary powiek

obnaża pustkę każdej prędkiej myśli

i lęk ukryty w każdym głośnym słowie

rośliny zgięte pod ciężarem znaczeń

wgryzają się głębiej w szare cele donic

obrastają w kurz z nic niewartych idei

wiedzą, nic ponad się nie ziści   

co nie jest tak bliskie sensu 

jak gesty setek rąk, ich liści

pyszni się kształtem dumne krzesło

śmieje się z pustości szklanki

lecz nic nie jest już warte wzroku

co nie jest istotą zapatrzenia

i prócz zegara nikt już więcej

nie ma nic do powiedzenia…

Patrząc na Wenus.

Mówią, że

niosłeś światło

smutny wędrowcze 

o tysiącu imion

a ludzie chcieli

pozostać bezrozumnie szczęśliwi

za bardzo zwątpiłeś 

aby pozostać aniołem

za wiele czułeś 

żeby stać się człowiekiem

teraz

zawieszony ponad horyzontem

lśnisz w ciemności

być może czekasz

na armageddon

albo wiesz dobrze

że nie nadejdzie

bo już nikt 

w to nie wierzy.