Twardziele i Ciacha

  • czyli faceci nie z tej ziemi… – wersja 04.2020
  1. George Michael czyli Geórgios Kyriákos Panajiótu (ur. 25.06.1963) – piosenkarz
  2. Prince czyli Prince Rogers Nelson(07.06.1958) – piosenkarz
  3. Patryk Swayze czyli Patrick Wayne Swayze (18.08.1952) – aktor

chcesz dodać swoje propozycje, albo zagłosować na te powyżej wpisz komentarz ze swoją kolejnością od 1-3.

Gorrrące Towary!

  • czyli kobiety i dziewczęta, których wdzięk, talent i uroda mnie urzekają…

  • Marilyn Monroe czyli Norma Jeane Mortenson (ur. 1 czerwca 1926 r. – zm.5. sierpnia 1962) – aktorka, piosenkarka

No kto by jej nie znał i nie podziwiał?! Ikona seksu i wzór do naśladowania dla milionów kobiet na całym świecie. Uroda, sposób bycia, sex appeal i głos… Jej “Happy birthday mr President” dla J.F.K. brzmi jak westchnienia orgazmu. Urodziła się w Los Angeles, ale jej dzieciństwo nie było szczęśliwe – została przez matkę oddana do rodziny zastępczej. Od 1946 roku pracowała dla 20th Century Fox (a wcześniej w fabryce), ale potem zmieniała wytwórnie. Trzykrotnie wychodziła za mąż. Ja pamietam ją głównie z “Niagary”, gdzie pokazała się zawinięta jedynie w ręcznik. W czasach, gdy film był nowością było to bardzo odważne.

  • Sandra Bullock czyli Sandra Annette Bullock (26.07.1964) – aktorka

Jeśli chodzi o urodę, jej najsilniejszymi atrybutami są w moim przekonaniu urzekający uśmiech i piękne, choć dość silnie zbudowane nogi. Zadebiutowała w 1987 roku w dreszczowcu “Hangmen, grała też w filmach sensacyjnych, melodramatach i sf, choć ja wolę jej role w komediach romantycznych. Podziwiam jej dystans do siebie samej; jako jedna z nielicznych odebrała osobiście Złotą Malinę dla najgorszej aktorki w 2009 r. (w sumie otrzymała 2 takie nagrody). W 2010 otrzymała Oscara. W życiu prywatnym nie układało jej się najlepiej. W 2010 roku się rozwiodła. Wychowuje adoptowane, czarnoskóre dziecko.

  • Charlize Theron (07.08.1975) – aktorka

No cóż, można powiedzieć, że znów uśmiech i nogi… Urodzona w RPA gwiazda jest zdobywczynią Oscara, Złotego Globu i wielu innych prestiżowych nagród. Ma powalające spojrzenie i niezwykły wdzięk, w dużej mierze doszlifowany w modelingu i w szkole baletowej w NY. Pierwszy raz zagrała w 1996 r. w filmie “Dwa dni z życia doliny”, gdzie pokazała wiele ze swoich “tajemnic”. Do Playboya pozowała jeszcze jako nieznana modelka, a jako gwiazda w roku 1999 r., jednak przy tej okazji wyciekło kilka jej “niegrzecznych” zdjęć z wcześniejszych sesji. Patronuje projektowi wspierania walki z AIDS, poprawy życia kobiet w Afryce i wspiera wiele innych inicjatyw charytatywnych.

  • Julia Fiona Roberts (26. października 1967 r.) – aktorka

Wszyscy znają ją przynajmniej z obrazu “Pretty Woman”, gdzie zagrała prostytutkę u boku Richarda Gere. Kopciuszek, który zmienia się w księżniczkę, to poza romantyczną otoczką dość śmiała wizja. Kobietą Julia jest jednak piękną, bez wątpienia. Laureatka Oscara w roku 2000. Mieszka w NY z mężem i trójką dzieci.

  • Nicole Scherzinger (29. czerwca 1978) – piosenkarka, aktorka

Urodziła się w Honolulu. Jej ojciec jest Filipińczykiem, a matka pochodzi z rodziny ukraińsko-hawajskiej, tak więc ma Nicole sporą domieszkę słowiańskiej krwi. Nie ma na koncie takich osiągnięć jak dwie wcześniej prezentowane panie, ale tym jak się rusza zasługuje na miejsce w moim zestawieniu. Na zdjęciu razem z dziewczynami z Pussycat Dolls.

  • Gisele Bŭndchen (ur. 20 lipca 1980 r.) – modelka

Zdaniem wielu najpiękniejsza kobieta świata, a także najbogatsza modelka. Na pewno ciało ma obłędne! Pochodzi zaś z Brazylii, choć jej rodzice są Niemcami. Ma jeszcze 6 sióstr, w tym bliźniaczkę. Chciała zostać siatkarką, ale nie nie udało 🙂 Od 1996 r. pracuje i mieszka w NY, a prezentowała np. komputery Apple. Ma też za sobą doświadczenia aktorskie i wokalne.

Zajemuza

  • czyli muzyka, bez której życie byłoby nieznośne…

So close no matter how far
Couldn’t be much more from the heart
Forever trusting who we are
And nothing else matters…

Nic więcej się nie liczy, niż to kim jesteśmy, żyjmy więc zgodnie z własnym sercem, bo to życie jest nasze… To niemal hymn dla ludzi, którzy biorą życie w swoje ręce i dawka pozytywnej energii, gdy dzień jest gorszy, a wiara w siebie wsiąka w suchą glebę rzeczywistości. Za każdym razem, gdy słucham tego kawałka mam ciary. Pierwszy raz wysłuchałem tej ballady w radiowej Trójce, gdzie pojawiła się w kwietniu 1992 r, a już w maju była na miejscu 1 – LP3 i pozostała tam przez 6 notowań. W tym czasie zmagałem się z matematyką, fizyką i mechaniką na pierwszym roku studiów – oj, nie było łatwo! Przeżywałem wtedy także (wciąż) rozstanie z moją ówczesną miłością, którą serdecznie pozdrawiam, gdziekolwiek jest i cokolwiek robi.

Oh, pilot of the storm that leaves no trace, 
like thoughts inside a dream
Heed the path that led me to that place, 
yellow desert stream
My Shangri-La beneath the summer moon,
I will return again
Like the dust that lufts high in June,
when moving through Kashmir.

Nieco psychodeliczna i wprawiająca w trans melodia, z poetyckimi słowami Roberta Planta, który napisał je podróżując po Saharze w Maroku. Nie wiem, co wtedy brał, ale dało świetny efekt, który uwydatnia się z każdym łyczkiem wina sączonego przy słuchaniu tego kawałka. Z czasem unoszę się do lotu w przestworzach, zmierzając ku miejscu na uboczu świata, we śnie, gdzie wiatr smaga moją twarz pyłem niesionym nad Kaszmirem, a czerwcowe słońce pali czoło. Doskonała piosenka, gdy w gorący dzień leżymy na plaży, słońce dotyka nas gorącymi palcami, a a wiatr niesie piasek z wydm. Mi kojarzy się wakacjami w Tunezji, gdzie i słońce i pustynię można jeść łyżkami.

Smoke on the water and fire in the sky, 
Smoke on the water. 

Świetna muzyka, doskonały riff, a słowa… Piosenka dużo bardziej podobała mi się, gdy mało rozumiałem po angielsku. Cóż, widać że hit może powstać również bez przesłania jak w “Nothing else matter”, i bez natchnienia lirycznego jak w “Kashmir”, ale przynajmniej wiemy, jak wyglądała praca nad tym kawałkiem :-), no i znamy historię pewnego pożaru. Kawałek jednak ze względu na brzmienie lubię, szczególnie o zachodzie słońca, gdy wydaje się, że świat staje w płomieniach.

Like a true nature’s child
We were born, born to be wild
We can climb so high
I never wanna die

Obowiązkowy kawałek dla każdego fana dwóch kółek i dzikiej jazdy po bezdrożach. Często odpalam tę muzę, gdy ruszam autem w trasę, choć może to lekka profanacja :-). Generalnie tekst bez wielkiej głębi, ale za to pełen czystej radości z życia i pokonywanych kilometrów. Utwór ma już parę lat, ale to co dobre się nie starzeje. Prawda? Fajnie usłyszeć ją w filmie “Easy Rider”, a motory Wyatta i Billego to Harleye Hydrea-Glide. Boskie!

Down around the corner
A half a mile from here
You can see them long trains run
And you watch them disappear

Kiedy byłem dzieckiem, spędzałem część wakacji u mojej babci na wsi. Z balkonika na piętrze widoczne były tory kolejowe, a co jakiś czas (pewnie mniej więcej w zgodzie z rozkładem) przemykały po szynach pociągi osobowe i towarowe. Pamiętam, że niektóre lokomotywy były jeszcze parowe. Buchały kłębami dymu z kominów i hałasowały niesamowicie. Swoistą rozrywką w oczekiwaniu na spotkanie z rówieśnikami było dla mnie liczenie wagonów, co było szczególnie trudne w przypadku składów towarowych, gdzie wagony były nie do rozróżnienia. “Przyjdzie”, “nie przyjdzie”, oczekiwałem wróżby z ich ilości myśląc o pewnej koleżance, w której się wtedy kochałem. Kiedy jechał osobowy myślałem o tych wszystkich ludziach podróżujących w sobie wiadomych celach z przeszłości w przyszłość, bo choć stacje są podróżnym znane, to czyż wiadomo, co ich na nich czeka? Dom od torów oddzielało pole, na którym bujały się kłosy zbóż, co nadawało widokowi niesamowitości, jakby lokomotywa i wagony frunęły ponad falującym morzem. Mam te obrazy wciąż w głowie. Życie jednak gna, tłoki wciąż się pienią, a koła toczą i toczą – o tym śpiewają The Doobie Brothers.

I know I dreamed you a sin and a lie 
I have my freedom but I don’t have much time 
Faith has been broken, tears must be cried 
Let’s do some living after we die

Z jednym z moich kolegów mieliśmy trwającą kilka lat polemikę, The Rolling Stones czy The Beatles. Byłem po tej drugiej stronie, choć dziś myślę inaczej. Do Stonesów trzeba dorosnąć, takie mam o tym przemyślenie. A ta piosenka jest szczególna w ich dyskografii – dla mnie (nie tylko dla tego, że wydana w roku mojego urodzenia), bo choć moje dzieciństwo nie było takie beztroskie, to napędzały mnie zawsze dwie siły; marzenia i miłość, a nawet dziś dzikie konie nie mogą mnie odciągnąć od dążeń ku jednemu i drugiemu. Z drugiej strony, w pewnym wieku sami stajemy się takimi dzikimi końmi gnającymi przed siebie, cokolwiek jest tam, na końcu.

I don’t know how else to put this
It’s taken me so long to do this
I’m falling asleep and I can’t see straight
My muscles feel like a melee
My body’s curled in a U-shape
I put on my best but I’m still afraid

Z muzyką Stone Sour zetknąłem się niedawno, pomimo że band gra już od 1992 roku. Chłopaki pochodzą z Iowa w US i w większości “ostro jadą na sprzęcie” dając niezłą muzę o metalowym brzmieniu. W tym kawałku okazują się również romantykami rocka. Co do Zzyzx Rd, to taka droga naprawdę istnienie, wiedzie przez pustynię Mojave w Kaliforni, sam nią jechałem i wiem, że można złapać tam deprechę, co pobrzmiewa w tym kawałku.

Space may be the final frontier
But it’s made in a Hollywood basement
Cobain can you hear the spheres
Singing songs off station to station
And Alderon’s not far away
It’s Californication

Kalifornizacja życia, czyli uprzedmiotowienie człowieka, które ten funduje sobie sam poprzez realizację marzeń o hollywoodzkim śnie; to smutne przesłanie piosenki, którą włączyłem sobie stojąc u podnóża góry Lee, mając za plecami Los Angeles. W ten sposób zrealizowałem jedno ze swoich marzeń, takie na miarę. Jest coś niezwykłego w tym miejscu (myślę o Kaliforni), co wzbudza tęsknotę, gdy już się tam było. Podróże kształcą, mówi porzekadło, jednak czasem zamiast zaspokajać pragnienia pozostawiają niedosyt, który ciężko zaspokoić substytutami. Wrócę tam na pewno.

When I’m drivin’ in my car 
And that man comes on the radio 
He’s tellin’ me more and more 
About some useless information 
Supposed to fire my imagination 
I can’t get no, oh no no no 
Hey hey hey, that’s what I say 

Już od pierwszych akordów tej kultowej piosenki czuję jak coś we mnie urasta do buntu przeciw rzeczywistości otaczającej jak pajęcza nić, gdzie wciąż gadające głowy wtłaczają mi coś do głowy (vide ostatnie wybory lub bieżąca medialna sieczka informacyjna), przekonują do swojej wizji, ale przyznam, że niekiedy sam w pogoni za satysfakcją gubię drogę i błądzę po bezdrożach niezaspokojenia. Chcę więcej i więcej, wciąż głodny czegoś, czego sam nie potrafię nawet nazwać. Czy ta piosenka to manifest hedonistów? A może raczej wyraz buntu przeciw konformizmowi, poddaniu się woli tłumu i dzikiemu konsumpcjonizmowi – jak mówią krytycy. Jakkolwiek rozstrzygać na gruncie etyki i filozofii, piosenka po prostu kręci, jak dobre whisky, taki 55-letni single malt! Biorę!

Before I met you baby
I never knew what I was missin’

Każda miłość jest pierwsza i kiedy przychodzi odkrywamy, czego nam było trzeba, nawet jeśli wcześniej tego sobie nie uwiadamialiśmy. Szczęściem jest, gdy okazuje się odwzajemniona, pełna czułości i oddania, pięknych słów i magii wspólnych chwil. Ech, rozmarzyłem się, ale czy nie jest łatwo kochać i pragnąć przy tych gorących rytmach? Mam w pamięci wieczory roku 90′ – miałem wtedy 19 lat i studniówkowe stresy, ale też wiele wspaniałych chwil, związanych choćby z Teatrem Tańca, gdzie ćwiczyłem w otoczeniu świetnych ludzi. Jest co wspominać.

Stos nr. 1 – Historie o Englalandzie pisane ręką B. Cornwella.

Wojny Wikingów; 12 tomów, ale żal gdy już koniec!

Wojny Wikingów B. Cornwella ma swoje lepsze i gorsze momenty. Jednak kończyłem czytanie 12 tomu z żalem, że to już koniec. Nie natrafiłem bowiem dotąd na lepiej sfabularyzowaną historię Anglii w epoce, gdy kształtowała się jej tożsamość. B. Cornwell doskonale oddał ducha epoki, a jego sceny batalistyczne wbijają w fotel. Dzieje Uthreda z Babbenburga poznajemy od trudnego dzieciństwa, gdy jego ojciec ginie, a on sam trafia w niewolę u jarla Ragnara. Autor opowiada o dorastaniu Uthreda w gronie duńskich wojowników, którzy z czasem stają się jego rodziną, o służbie u saskiego króla Alfreda i jego syna Edwarda, służbie która niesie z sobą wiele wyrzeczeń, zmusza do kompromisów, pośród których bohater znajduje ścieżki losu za sprawą serca i rozumu. Przeznaczenie jest wszystkim – mawia i podejmuje niezłomnie wyzwania jakie stawia mu życie i przeciwnicy. Fabuła zręcznie wpleciona jest w udokumentowaną historię, a postaci fikcyjne mieszają się z autentycznymi wypełniając luki z kronik. Powieść zachwyca kolorytem opisów, różnorodnością postaw i charakterów, konsekwencją bohaterów, ale jest w tej prozie wiele momentów zaskakujących. Znajdziecie tu miłość i krew, przyjaźń i zdradę, okrucieństwo i łaskę, walkę o ziemie i wpływy, zderzenie kultur i wiar – Thor i Wodan w myślach i na tarczach swych wyznawców stają przeciw wojownikom i kapłanom Chrystusa. Gorąco polecam!

Trylogia arturiańska; mieszane uczucia.

Zdecydowanie więcej oczekiwałem od autora tak udanej serii, jak Wojny Wikingów i pewnie inaczej odebrałbym tę książkę, gdybym przeczytał ją wprzódy. Pierwszy tom wydany został wszak w 1995 r. Po pierwszych stronach zastanawiałem się, czy warto dalej, bo legenda arturiańska w wykonaniu Marion Zimmer Bradley “Mgły Avalonu” tak zapadła mi w pamięć i podbiła wyobraźnię, że trudno było mi znaleźć miejsce na inne wyobrażenie postaci i wydarzeń z tego okresu. Z oporem przyjmowałem zdziwaczałego Merlina, pełnego dylematów i cały czas wątpiącego w swoją misję Artura, rozpustnej Ginewry i Lancelota który stanowi o elemencie LGBT w powieści. Historię opowiada Derfel, Sakson który walczy po stronie Brytów (Walijczyków), u boku Artura, bo jego matką była właśnie niewolnica wywodząca się z rdzennej ludności wysp. Trudno oprzeć się wrażeniu, że najciekawsze wątki B. Cornwell wykorzystał i rozwinął później w Wojnach Wikingów, bo podobieństw obu cykli można znaleźć wiele. W miarę czytania przyzwyczajałem się jednak i nabierałem zaufania do kreowanej wizji. Do ostatniej strony trzeciego tomu dotarłem bezboleśnie, jednak książka pozostawiła mi mieszane odczucia. Myślę, że mimo wszystko warto po nią sięgnąć, tym bardziej jeśli jeszcze nie czytaliście Wojen Wikingów. Zachowajcie odpowiednią kolejność, a unikniecie rozczarowań, które mi nieco przeszkadzały w lekturze.

Więcej o Bernardzie Cornwellu i jego twórczości znajdziecie tutaj.

Do czytania powyższych książek oczywiście polecam szklaneczkę whiskey. Na zdjęciu podarowana mi przez przyjaciół 12-letnia Teeling The Revival stażona w beczkach po burbonie i finiszowana w beczkach po brandy i koniaku. W smaku krem waniliowy, miód i praliny, nieco cytryny i oczywiście dębowa cierpkość. Niesamowita woń i cudowny finisz. Do szesnastu książek nie wystarczy jednak chyba jedna butelka… Smacznego!

Wyborcza cisza. Idylla.

Pogoda piękna jak marzenie, od lasu dochodzi śpiew ptaków, a wróble ćwierkają ukryte w żywopłocie, albo ganiają się w podcieniach, pszczoły i bąki harcują w lawendowych pióropuszach i w gąszczu lilii, wiatr miło chłodzi gdy słoneczko przygrzewa. Idylla. A do tego dziś niedziela. Cisza wyborcza służy światu i po kampanii jak przesłodzona herbata urokliwy świat wyłania się z tego syropu. Nacieszmy się, bo niedługo to potrwa. Mamy wrodzone tendencje do spieprzenia wszystkiego co fajne. Już w boksach czekają redaktorzy programów telewizyjnych, dziennikarze z gazet i portali, aby gdy tylko wybije dwudziesta pierwsza ruszyć po krew i mięso. Eksplodują słupki i linie wykresów, pojawią się analizy jakich nie wymyśliłby pisarz sf, dogłębne bilanse jak głosowali ludzie w niebieskich koszulach, a jak ci w sportowym obuwiu i czy posiadanie wąsów ma wpływ na preferencje wyborcze. Ale to wieczorem.

Coś fajnego znalezione w sieci i właśnie o idylli, rozumianej tyleż bezpośrednio, co aluzyjnie. Alicetea “Idylla” – warto posłuchać!

A’propos partolenia; przeczytałem ostatnio książeczkę “Krótka historia o tym, jak spieprzyliśmy wszystko” autorstwa Toma Phillipsa, a jeśli nawet nie jest to literackie arcydzieło, daje do myślenia – przede wszystkim o tym, jak rzadko uczymy się na błędach. Moim bohaterem z tej książki jest Tom Midgley, wynalazca benzyny ołowiowej i CFC – freonu. Pierwszy wynalazek zdegradował środowisko i zniszczył zdrowie milionów ludzi w kilku pokoleniach i na całym świecie, wpływając również na poziom przestępczości (to akurat bardzo ciekawe połączenie), a drugi zdegradował powłokę ozonową do tego stopnia, że skutki widoczne są bez wnikliwych analiz. W obu przypadkach beneficjentem był koncern General Motors. Autor książki wprowadza pojęcie “gromadomyślenia”, opisujące jak ulegamy dominującej koncepcji kreowanej przez charyzmatycznych przywódców, lub grupy wpływów, nawet gdy serwowane przez nich idee są z gruntu idiotyczne, nieprawdziwe i szkodliwe. Ludzie inteligentni i wrażliwi nie mają zazwyczaj gardeł przystosowanych do krzyku. Głupota za to jest głośna, o tak! Skąd my to znamy…

Pandemia za to nie zwalnia; mamy sytuację jak na przełomie marca i kwietnia, czyli 200-300 zakażeń codziennie oraz ok. 10 zgonów każdego dnia. Ciekaw jestem rozwoju Covid po wyborach, w zależności od zwycięstwa jednego z kandydatów, zwłaszcza tego drugiego.

Czy przywykliście już do maseczek? Wielu wciąż neguje ich zasadność (z uporem antyszczepionkowców), szczególnie w wysokich temperaturach. Fakt, niełatwo w nich wytrzymać, szczególnie gdy pracuje się w zamkniętym pomieszczeniu i bez klimatyzacji. Częstsze ostatnio kontrole Policji w marketach wpłynęły jednak na zmniejszenie plagi astmy lepiej niż immunoterapia (zainteresowanych odsyłam tutaj). Znacznie łatwiej przywyknąć do pracy on-line, do telekonferencji i braku tłoku w restauracjach, do mniejszych korków na ulicach, braku biegów ulicznych i kolumn rowerzystów, którzy w imię jakiej idei paraliżują centra miast. Naraziłem się, a niech tam.

W tym klimacie Roling Stones z kawałkiem “Living in a ghost town”.

Na koniec zachęcę was jeszcze do głosowania, bo na któregokolwiek kandydata oddacie głos, pamiętajcie; “kto głosuje ten się liczy!”

Prócz zegara…

wieczór sączy się tykaniem

ukrywa twarz pod maską minut

w lustrze nic się nie odbija

prócz nagiej przezroczystości

kandelabr już nie roni wosku

milczy świeca śpiąc w białości

przestrzeń zmęczona dziennym trwaniem

zdejmuje płaszcz tkany z trójwymiaru

i krople barw zbiera w chłodne dłonie

kryje ich blask pod kotary powiek

obnaża pustkę każdej prędkiej myśli

i lęk ukryty w każdym głośnym słowie

rośliny zgięte pod ciężarem znaczeń

wgryzają się głębiej w szare cele donic

obrastają w kurz z nic niewartych idei

wiedzą, nic ponad się nie ziści   

co nie jest tak bliskie sensu 

jak gesty setek rąk, ich liści

pyszni się kształtem dumne krzesło

śmieje się z pustości szklanki

lecz nic nie jest już warte wzroku

co nie jest istotą zapatrzenia

i prócz zegara nikt już więcej

nie ma nic do powiedzenia…

Patrząc na Wenus.

Mówią, że

niosłeś światło

smutny wędrowcze 

o tysiącu imion

a ludzie chcieli

pozostać bezrozumnie szczęśliwi

za bardzo zwątpiłeś 

aby pozostać aniołem

za wiele czułeś 

żeby stać się człowiekiem

teraz

zawieszony ponad horyzontem

lśnisz w ciemności

być może czekasz

na armageddon

albo wiesz dobrze

że nie nadejdzie

bo już nikt 

w to nie wierzy.

Nevermore.

Zawieszam na ścianie obraz. 

namalowałem go na płótnie wieczora.

Jest tam ton rozmów, 

gorące słowa wyznań,

lekkość dotyku i chłód wiatru,

księżyc w nocnej mgle,

bezimienne cienie,

których bliskości już nie poczuję.

To droga, którą dopiero co szedłem 

a dziś wieczór na skrót,

                     przez albumy zdjęć.

Dotykam palcami traktu.

Czuję szorstki piasek,

kruchość liści i ulotność wrażeń.

Obraz nie ma jeszcze ram

ale nadałem mu tytuł; „Nevermore”.

U wejścia do ogrodu

na rzeźbie Pallady siedzi kruk

– ciemny anioł przemijania.

Patrzy szklanym wzrokiem zimnych oczu

a pod ich dotykiem przestrzeń traci niewinność.

W czerń jego piór wsiąkają wspomnienia

zapadają się w otchłań 

I zapominam.

Caffe by night.

Oto pochłaniam

bukiet oniryczny

z filiżanki pełnej nocy

w pryzmacie samotności 

rozbijam smugę wspomnień

na drobne…

O bezcielesne

zmysłów Madonny!

Jak wiele trzeba było

subtelnej maestrii waszej

by podać mi

tą abstrakcyjną caffe by night

zanim wypiję ją sam…

Jestem człowiekiem.

Jestem człowiekiem

           łącznikiem mimowolnym

           pomiędzy ziemią a niebem

           przewodnikiem impulsów

           od nóg wsadzonych w gniazdko gleby

           po głowę w chmurach

ja – skrzyżowanie świątyni antycznej 

                                i światłowodu

           z własną opornością właściwą

           nazywaną zwykle

                  wolną interpretacją

                  lub „zdrowym” rozsądkiem

Chwytam idee

           przypuszczam

               mniemam

                    twierdzę

…choć raz po raz fragment szyfru

ułoży się w nieudolną formę literacką

odkrywa się cząstka korespondencji 

między wielką matką a ojcem Kosmosem.

publikacja Akant -2006