
Zmiana jest nieodzownym i koniecznym elementem rozwoju. Zgodzicie się?
Nikt oczywiście nie przeszkodzi nam wyginąć, jak głosi jedna z prawd biznesowych, a Jan Sztaudyngier napisał nawet; „stabilizacja motylka to szpilka”. Dla wielu jednak zmiana oznacza zagrożenie, rzadziej szansę. Nieczęsto życzmy sobie wzajemnie zmian, częściej zdrowia i szczęścia, kojarzonych bardziej ze stabilizacją właśnie. No, chyba że rzeczywistość jest trudna i zmiana może przynieść jedynie poprawę. Boimy się tego, co nowe.
Niezależnie jednak od naszych chęci i obaw podlegamy zmianie, bo zmienia się świat wokół nas, a tempo tej ewolucji jest wstrząsające.
Strach przed zmianą, jak każdy inny jest jest naturalnym, ludzkim uczuciem, jakie wykształciła w nas ewolucja. Wyzwala w nas kreatywność, ale niekiedy także hamuje, jest siostrą paniki lub matką sukcesu.
Jest także efektem naszych uprzedzeń, wynikających często z fałszywych przekonań, przesądów, mniej lub bardziej uzasadnionych obaw; „jak to będzie?”, „czy znajdę na to siłę?”, „jak sobie z tym poradzę?”, czy z przykrych doświadczeń własnych i otoczenia. Zarażają nas nim hamulcowi, których oby jak najmniej w naszym otoczeniu. Nieracjonalny strach wzbudza w nas panikę, a wydzielany wtedy kortyzol paraliżuje i blokuje przed działaniem. Jak sobie z tym radzić?
Przede wszystkim, przed podjęciem działania warto przeanalizować nasze obawy, aby odseparować to, co nielogiczne od tego, co rzeczywiste.
To, że podobnemu wyzwaniu nie sprostał któryś z naszych znajomych nie oznacza, że nie podołamy my, z naszą wiedzą i umiejętnościami. Jeśli ponieśliśmy porażkę próbując wcześniej oznacza tylko, że wtedy nie mieliśmy jeszcze potrzebnych zasobów lub motywacji. Rozważenie, jaka wiedza jest konieczna do przeprowadzenia zmiany wskaże kierunek działań, a wizualizacja celu doda nam determinacji. Jeśli to zrobimy, w większości przypadków okaże się, że nasz lęk znikł, jak rozebrany z łachmanów strach na wróble. Obiecuję!
Lepiej więc samemu wybrać kierunek zmian, czy pozostać jak liść niesiony prądem rzeki?
Odpowiedź tylko pozornie jest prosta. Częściej bowiem potrzebę rozwoju wyzwala poczucie zagrożenia niż pragnienie poznania tego, co nowe. Strefa komfortu to miłe miejsce. Nie ma też nic złego w trwaniu tam. Gorzej, gdy tkwimy zbyt długo w rzeczywistości, która wpływa na nas destrukcyjnie. Stefan Kisielewski napisał „To, że jesteśmy w dupie to jasne. Problem, że zaczynamy się w niej urządzać.”
I mamy duży problemem, gdy nie próbujemy wydostać się stref dyskomfortu.
Każdy z nas wpadał nie raz w kłopoty, mierzyliśmy się z sytuacjami pozornie bez wyjścia, kiedy konieczność podjęcia decyzji przyprawiała o zawrót głowy, toksyczne relacje zatruwały nam życie, ale ich ułożenie wydawało się niemożliwe, wykonywana praca nie rozwijała nas a powodowała ból brzucha i bezsenność, jednak jej porzucenie odbierało oddech, bo „jak opłacę rachunki i utrzymam rodzinę?”, konieczność przeprowadzki przerażała, a kto był lub jest rodzicem ten życie w ciągłym stresie zna jak chleb codzienny. Zmiana w każdym takim przypadku jest konieczna, abyśmy poczuli się wolni i szczęśliwi, a jednak często odkładamy ją na później, albo uznajemy, że „jakoś to będzie”. I „jakoś” jest zawsze, ale czy jest też dobrze?
Jak więc znaleźć w sobie siłę do zmian?
Zagrożenie jest tutaj jak paliwo rakietowe. Ma dużo więcej „oktanów” niż sama chęć i ciekawość. Konieczność popycha nas do zmiany jak niewidzialna ręka. Często nie spodziewamy się po sobie, czy po kierowanym zespole tej energii, jaką wyzwala właśnie poczucie zagrożenia. Mediacje pomiędzy skłóconymi stronami, terapie – również te małżeńskie, trudne rozmowy z przyjaciółmi i przeprogramowanie budżetów w firmach są najczęściej wynikiem zagrożenia np. wojną, rozstaniem, widmem plajty. Warto przetransformować konieczność w ciekawość przygody, zamiast ratowania rozpocząć podróż ku marzeniom. Może to tylko semantyka, ale zamiast paraliżu ze strachu przed niepowodzeniem będzie towarzyszyła nam kreatywność.
Zmiana bywa niekiedy łagodna i ewolucyjna, często jednak jest wywróceniem stolika, zmianą status quo, zasad i porządku. Takie dają istotną przewagę rynkową, ale wymagaja odwagi i dobrego planu.
Planowanie nie jest łatwą sztuką. Z pomocą przychodzi np. coaching, podczas którego w sposób systemowy przepracowujemy istotność celu, jego ekologię czyli ryzyka, co możemy stracić w czasie i po realizacji, oceniamy potencjały posiadane, brakujące zasoby, uświadamiamy sobie od kogo i w jakim stopniu zależny jest sukces, a także jak poznamy że cel został osiągnięty, ustalamy daty i wybieramy ścieżki.
Czy konieczny jest do tego coach? Osobiście uważam, że tak. Posiadając niezbędną wiedzę możemy być nim dla siebie, jednak jest bardzo duże zagrożenie, że nie zadamy sobie wielu trudnych, niewygodnych i ważnych pytań. A to się zemści, jak skok na główkę bez sprawdzenia, czy w basenie jest woda. Jeszcze gorzej, jeśli prowadzimy w ten sposób nasze zespoły.
A jednak się kręci – powie ktoś, kto bez coachingu przeszedł pozytywnie niejeden proces. Brawo!
Praca zespołowa. To inny sposób na przygotowanie do zmiany. I błogosławieństwem w takich grupach są malkontenci! Im bardziej irytujące pytania zadają, tym lepiej. Nie bójmy się ich. Umiejętność słuchania się wzajemnie jest wielkim potencjałem efektywnych zespołów. Dajmy sobie zgodę na „głupie” pytania i wątpliwości, czasem na zażartą dyskusję, „krew i łzy”. Na tym etapie to boli najmniej. Ważne, aby był też ktoś taki, kto powie; Start! To najcześciej ktoś od finansów.
A kiedy ruszymy, wszyscy działajmy już na rzecz celu. Potem wyzwala się instynkt samozachowawczy i będą działy się cuda.
Czy więc warto bać się zmiany? Uważam, że tak.
Czy warto zmieniać? Jestem przekonany, że tak! Zmiana bowiem potrzebna jest jak tlen. I to nie tylko w biznesie.