DLACZEGO POSTANOWIENIA NOWOROCZNE NIE DZIAŁAJĄ?

Drugi najlepszy czas na zmianę jest właśnie teraz – tak mówią chińskie przysłowia i motywacyjni mówcy. Dlaczego więc, gdy przychodzi styczeń kolejnego roku, większość z nas ląduje w tym samym martwym punkcie co rok wcześniej?

Problem jednak w tym, że przy podsumowaniach jesteśmy dla siebie zwykle zbyt surowi, a w snuciu planów mało realistyczni. Z czego to wynika?

Przeszłość oceniana z dzisiejszej perspektywy niemal zawsze będzie mało doskonała, a nawet może się okazać ciągiem błędów, złych decyzji i porażek. Mądry Polak po szkodzie… – jak mówi przysłowie, ale to cecha czysto ludzka. Dlatego np. w coachingu badamy ją tylko dla wychwytywania potencjałów, a w psychologii dla poznania powodów stanu obecnego. Bo to, co najważniejsze, to co mamy dziś i co możemy z tym zrobić dla zbudowania lepszej przyszłości. Tę możemy kształtować, w odróżnieniu od tego, co za nami. 

Nie pomaga nam sama natura zapamiętywania. Nasza pamięć nie jest bowiem kamerą wideo, a raczej scenarzystą, który koloryzuje fakty. Zanim mózg wyciągnie wspomnienie z magazynu, musi zarysować tło, dopasować emocje i… często nieco skłamać (konfabulować), by całość pasowała do aktualnego nastroju.

To fascynujące, jak bardzo nasza biologia wpływa na racjonalne, zdawałoby się, wybory.

Zadręczanie się winą za zmarnowane szanse, czy pomyłki zaowocuje tylko strachem przed podejmowaniem decyzji, traumą i oby nie depresją. Wyciągnięcie z nich wniosków owszem, jest słuszne. I tyle. 

Ja zachęcam do równoważenia tego, co oceniamy (nawet jeśli już wiemy, że nieobiektywnie) źle, tym co pozytywne. Na każdy nasz błąd, czy zaniechanie znajdźmy przynajmniej dwie dobre rzeczy, które wynikały z naszego działania. Psycholodzy mówią nawet o stosunku jeden do dziesięć. Nie ograniczajmy się. No właśnie, a może właśnie od tego zacząć? Osobiście zrobiłem sobie już listę sukcesów minionego roku. Miało to być TOP 10, ale wyszło ich dużo więcej. Obiecuję wam, że znacznie łatwiej potem rozmyśla się o tym, co „położyliśmy”. Jeden z moich znajomych ze świata show biznesu mawiał „nie takie imprezy już kładłem” i wchodził na scenę z uśmiechem. Z taką samą wiarą w siebie pójdźmy w Nowy Rok.

Spójrzmy więc w ten nowy rok, jak magowie w kryształową kulę. Co widzicie? Nowe szanse życiowe i biznesowe, idealną pracę, realizację marzeń, zamierzeń i odkładanych latami aktywności, uprawianie hobby, zadbanie o zdrowie i urodę, rzekę pieniędzy, przyjaźnie, dalekie, egzotyczne podróże i szaloną miłość, a przy tym czas dla siebie, na rozmyślanie, relaks, oglądanie filmów, albo „aktywność” w portalach społecznościowych. Lista jest często dłuższa. Wszakże tego właśnie sobie wzajemnie życzymy, no może poza tymi ostatnimi. Brzmi pięknie. Na fali tych często szczerych życzeń układamy śmiałe wizje. Już kalendarze zapełniają się wizytami na siłowni, w salonach SPA, czy w gabinetach chirurgii estetycznej, rozmowami o podwyżkach z szefami, albo projektami za miliony złotych, przeczytanymi książkami, nagranymi podcastami, rolkami, szkoleniami, studiami, weekendami za granicą, wakacjami na Bali etc. Z werwą rozpoczynamy styczeń i… Większość naszych postanowień, nawet jeśli rozpoczęliśmy ich realizację umiera śmiercią naturalną najpóźniej w marcu. Zgadzacie się?

Dlaczego więc nasze noworoczne postanowienia nie działają w długim terminie?

Generalnie nie jesteśmy jako gatunek dobrze przystosowani do przewidywania w dłuższej perspektywie. Skargi kierujmy do Stwórcy. Lepsi jesteśmy w poprawianiu niedoskonałych form i działań. To nasza szansa. Analizując psychologiczne aspekty planowania i badając dlaczego jest ono nieprecyzyjne, prowadzące do porażek, musimy wziąć pod uwagę zniekształcenia naszej percepcji czasu i oceny własnych możliwości.

Po pierwsze, jakże często wpadamy w pułapkę błędu koniunkcji. To ten optymistyczny głos w głowie, który mówi, że remont łazienki zajmie weekend, choć historia wszystkich naszych remontów sugeruje raczej miesiąc. Błąd koniunkcji (fallacy of planning) to tendencja do niedoszacowania czasu i zasobów potrzebnych na wykonanie zadania, wynikająca z ignorowania danych historycznych na temat własnych opóźnień. Pamiętacie takie „wpadki”?

Po wtóre na przeszkodzie staje nam dyskontowanie hiperboliczne, które jest mechanizmem polegającym na wybieraniu mniejszych, natychmiastowych nagród (np. obserwowaniu „wesołych kotków” na mediach społecznościowych) kosztem większych korzyści odroczonych w czasie. Już perspektywa tygodnia jest dla naszego mózgu przerażająca, a czekoladki i kawa są na wyciągnięcie ręki.

Kolejny problem jaki napotykamy to lęk przed porażką (nawet jeśli jest nieuświadomiony) wyzwalający prokrastynację. Jest on mechanizmem obronnym przed działaniem. Planujemy unikając starcia z rzeczywistym wyzwaniem, robimy kolorowe tabelki, wypełniamy kalendarze (które wybieraliśmy w sklepie przez godzinę) zdarzeniami i podkreślamy je barwnymi pisakami. A gdy co do czego… pojawia się paraliż decyzyjny i sakramentalne „od jutra!”

Czwarty przeciwnik skuteczności to nadmierny optymizm i przekonanie, że przyszłość będzie wolna od nieprzewidzianych przeszkód, które występowały w przeszłości, co prowadzi do tworzenia nierealistycznych harmonogramów. Zasada, zawsze czas realizacji pomnóż przez 2, a potrzebny budżet razy 3, zdaje się działać.

Wreszcie dochodzimy do wyczerpania ego (ego depletion). Planując raczej nie bierzemy pod uwagę, że nasze zasoby silnej woli są niestety ograniczone. Jeśli plan wymaga zbyt wielu zmian naraz, zasoby poznawcze szybko się wyczerpują, prowadząc do porzucenia założeń. Skąd my to znamy…

Aby lepiej zrozumieć te mechanizmy, polecam blog psychologiczny Uniwersytetu SWPS.

Jedną z podstaw dobrego planowania jest zasada SMART lub w rozszerzonej wersji SMARTER. Cele powinny być:

– S (specyfic), czyli jasno sprecyzowane, bardzo konkretne, dające się powiedzieć, napisać, wprowadzające zmianę.

– M (measurable), czyli mierzalne, abyśmy mogli stwierdzić, czy i w jakim stopniu zostały osiągnięte. Niezwykle istotne jest mierzenie postępów, bo każdy duży projekt składa się z mniejszych, z etapów i prostych „ruchów roboczych”.

– A (achievable/attractive), czyli osiągalne oraz atrakcyjne. Dla przykładu zrzucenie 30 kg do najbliższych wakacji, czyli przez pół roku, teoretycznie może być osiągalne, jednak będzie wymagało rezygnacji z wielu innych aktywności, Jednak 2 kg co miesiąc jest w zasięgu, a to już w roku daje 24 kg. Blisko celu i bez szczególnych poświęceń.

– R (revelant/realistic), czyli istotne i realistyczne. Im ważniejsze są dla nas planowane cele, tym łatwiej będzie nam podtrzymać motywację do ich uzyskania. Warto oddzielić je od zachcianek, które choć wydają się atrakcyjne mają charakter chwilowy. Cele powiązane z tym, w co wierzymy i wpisujące się w szeroki kontekst naszych działań i planów długoterminowych dadzą nam więcej satysfakcji, a nawet jeśli po drodze zejdziemy ze ścieżki ich realizacji (co zdarza się nader często) będziemy mieli wystarczająco siły, by na nią wrócić.  

– T (time-bound), czyli terminowy. Na koniec rzecz bodaj najważniejsza, czyli czas. Bez określenia konkretnych dat finału, jak i osiągania celów pośrednich, zamykania etapów, nie uda się nic. Mamy tendencję do prokrastynacji – trzeba się do tego przyznać. Nasz mózg uwielbia homeostazę i święty spokój, dlatego jest pierwszym kolaborantem, jakiego musimy przypilnować. Dajmy naszym mózgom czas na regenerację, ale pracujmy nad utrzymaniem skupienia. 

Ja, kiedy tylko mogę stosuję metodę 60, 90, 60 minut, czyli „na rozgrzewkę” godzina skupienia na tym, co robię, po czym pauza około kwadransa. Następnie półtorej godziny i pauza dwa kwadranse i godzina, która wydaje się mgnieniem, z kwadransem przerwy. Dwa takie bloki dają osiem godzin pracy, czyli statystyczny dzień roboczy.

Dla zwolenników SMARTER dodatkowo mamy:

– E (exciting), czyli ekscytujący. Im bardziej cel będzie nas „jarał” tym chętniej będziemy poświęcali czas i energię dla jego realizacji. Warto, aby to, co robimy było zgodne z naszymi predyspozycjami, zainteresowaniami, pasjami, a przynajmniej z nimi korespondowało. Pójście tą ścieżką zapewne da lepsze rezultaty.

– R (recorded), czyli zapisany. O, tak. Pod tym się podpisuję. Po utrwaleniu na piśmie wyzwanie staje się kontraktem, z którego trudniej się wykręcić. Możemy zachęcić do asygnowania go przez partnerkę, partnera, przyjaciół etc. Z reguły lepiej realizuje się cele zaakceptowane przez ludzi, z którymi spędzamy czas, wśród których żyjemy, bo nasze działania zawsze mają na nich wpływ i vice versa.

Metod na poprawę skuteczności w działaniu jest oczywiście cała masa.

Co więc zrobić, aby oszukać własną naturę? Zamiast wielkich rewolucji, postawmy na strategię małych kroków. Skoro wiemy, że nasze 'ego’ szybko się wyczerpuje, nie fundujmy mu maratonu w pierwszym tygodniu stycznia. W nowy rok rok wejdźmy nie z listą życzeń, ale z jednym, realnym nawykiem. To on, a nie magiczna data, zmieni naszą przyszłość.