Kawiarniany paraliż komunikacyjny

– na podstawie wykładów z psychologii poznawczej.

Kawiarnia znajdowała się na parterze secesyjnej kamienicy. Stoliki nakryte były kwiaciastymi serwetami. Ze względu na wczesną porę tylko na jednym z nich stały filiżanki, a wokół siedziało dwóch mężczyzn i kobieta.

– Przeklęta motoryka! Leon, pomóż mi. Moje palce zapomniały, jak być palcami – rzekł Jan próbując chwycić filiżankę. Jego dłoń wykonywała jednak tylko chaotyczne ruchy w powietrzu, jakby próbował złapać niewidzialna muchę.

– Ach, Janie, ten twój neurologiczny chaos i apraksja… – westchnęła Anna i pokiwała głową z politowaniem.

– Naturalnie, Janie. Zielona trawa kosiarką do góry podbija bębenek. Wypijmy to żółte kółko! – rzekł Leon z emfazą i uśmiechnął się szeroko.

– Leonie twoje słowa tworzą losową sałatkę słowną – upomniała go Anna. – Czy to nie aby afazja Wernickiego?

Jan pochylił się nad okrągłą, żółtą filiżanką. Zmrużył oczy.

– Żółte kółko? Widzę geometrię, ale mój mózg twierdzi, że to mały, ceramiczny statek kosmiczny. Czymkolwiek to jest, muszę rozgrzać gardło. Kelnerze! Proszę jeszcze jedną filiżankę!

Kelner, przechodzący akurat obok, przystanął. W jego oczach widoczne było zmieszanie.

– Klasyczna metonimia, pojemnik zamiast zawartości – wytłumaczyła mu Anna z miną znawcy. – Mój towarzysz ma to od dzieciństwa. A do tego zmaga się z agnozja wzrokową.

Kelner wzdął policzki.

– Filiżankę?! Chcesz… pić… porcelanę? Gryźć… ucho? Zwariował! Czas to pieniądz, a stomatolog kosztuje! – ryknął nagle Leon i klepnął Jana w plecy, aż zahuczało.

– Metafory, metafory… wciąż te metafory – Anna kiwnęła nonszalancko ręką i uśmiechem odpowiedziała na coraz bardziej wystraszoną minę kelnera.

– Koledze aktywowała się afazja Broki i wziął metonimię zbyt dosłownie – dodała. – To nic takiego.

Jan zamyślił się, analizując zapewne metaforę Leona przez pryzmat swojej agnozji. – Czas to pieniądz? – Skrzywił się z niesmakiem. Uniósł palec ku niebu.

– Jeśli czas to pieniądz, to czy ten zegarek na moim ręku to portfel? – Pstryknął palcem w zegarek. – Nie wiem, mój mózg widzi tam tylko metalowe kółko z wąsami.

– Chodzi o uciekające minuty. – Postanowił wytłumaczyć Leon, ale wyszło to na desperacką probę. Zanim zdobył się na cokolwiek więcej, znowu dopadła go afazja.

– Nie, nie! Czas… zegar… ucieka! Pieniądz… portfel… szczeka!

– Portfel szczeka? – Jan wygladał na wystraszonego. – Leon, czy ty znowu szczujesz mnie metaforami? Chcę po prostu czarnego płynu. Pomóż mi z tym kosmicznym statkiem. – Ponownie spróbował chwycić filiżankę, ale zamiast tego zasalutował do kelnera.

– Apraksja – skomentowała Anna obojetnie.

Leon nie wytrzymał tego cisnienia. Złapał za filiżankę i podał ją Janowi.

– Trzymaj nogę! Pociągnij za nos! Śmiało! – Zaordynował.- Afazja. – Anna westchnęła.

Jan nie czekając przyłożył nagle dno filiżanki do czoła.

– Agnozja z apraksją – rzuciła Anna coraz bardziej znudzona.

– Czy to się aplikuje na twarz? Czuję ciepło, ale kosmiczny statek nie chce współpracować z moim otworem gębowym. – Jan był zdegustowany.

Leon westchnał ciężko. Spojrzał na Jana, a potem na filiżankę. – Jan… my… kognitywny… dramat. Zapłaćmy… tym… szczekającym portfelem. I uciekajmy.

– I teraz mówisz do rzeczy. – Anna zaklaskała w dłonie.

Podobało się Wam?