
Poczucie „głębokiej obecności”, przebywania w tu i teraz jest stanem umysłu, który tak trudno osiągnąć goniąc zajączka sukcesu, albo gdy zwyczajnie zatracamy się w codziennym „wiązaniu końca z końcem”.
Nawet jednak gdy pojawia się wyczekana chwila, kiedy przysiadamy przy kawie, lub lampce wina, wypełniamy ją przeglądaniem wiadomości, maili, wpisów w FB, Ista, LinkedIn etc. Staje się to obsesją, jakby przebywanie sam na sam ze sobą było mniej wartościowe. Czy sami dla siebie nie jesteśmy więc wystarczająco ciekawym towarzystwem? Produktywność, fetysz współczesności (szczególnie podbijana w biznesie), nawet jeśli tylko iluzoryczna, wychodzi na plan pierwszy. Uzależnienie od bodźców jest tak silne, że często nie umiemy powstrzymać się od ciągłego przeglądania informacji w smatfonach, laptopach, tabletach. Nawet w towarzystwie znajomych, przyjaciół czy rodziny.
Kiedy jednak próbujemy przypomnieć sobie, czego istotnego dowiedzieliśmy się z mediów, albo w jaki sposób informacje te przybliżyły nas to do realizacji naszych celów, mamy z tym kłopot. Poza bolącą głowa, uczuciem straconego czasu i przebodźcowania, nie zostaje wiele.
Gdzie więc przestrzeń na wejrzenie w siebie, gdzie czas na marzenia? Wraz dorastaniem, coraz bardziej lekceważymy funkcję marzeń, jakby były czymś wstydliwym, infantylnym. A świadome działanie i wyznaczanie właściwych, istotnych celów zaczyna się właśnie tam, gdzie uświadamiamy sobie, czego tak naprawdę pragniemy. Aby jednak osiągnąć ten stan trzeba wykonać wysiłek i zatrzymać się w miejscu, odłożyć telefon i pozwolić, aby czas popłynął nie przez nas, a obok.
Wejrzenie w siebie jest procesem powolnym, który zaczyna się od wyciszenia, pustki w głowie, która może być niepokojąca. Potem jednak dzieją się cuda, choć oczywiście nie zawsze. Tutaj bowiem nie istnieje pojęcie produktywności!
