Porażka, niechciane dziecko biznesu.

Kiedy sukces wymieniany jest przez wszystkie przypadki przez specjalistów od szczęścia, każda mądra książka o biznesie zawiera na niego inny przepis, jakby był potrawą, gdzie wystarczy wymieszać składniki, porażka jest sierotą, wzgardzoną, odsuwaną ze wstydem i wartą jedynie zapomnienia. A jednak to ona występuje w życiu managera wielokrotnie częściej. Droga przedsiębiorcy to wręcz podążanie od porażki do porażki, choć przy tym bez utraty entuzjazmu – jak mawiał Winston Churchill. Ich opis nie znajdzie się pewnie w żadnym CV, choć moim zdaniem pytanie o porażki powinno być elementem każdej rozmowy kwalifikacyjnej.

Oczywiście najlepiej uczyć się na błędach innych, ale rzadko sytuacja jest dwa razy taka sama, zmieniają się okoliczności, warunki brzegowe, a i cele do osiągnięcia są najczęściej odmienne. Prędzej, czy później porażka przydarzy się i tobie Dziecię Sukcesu! Jak więc sobie z nimi radzić? Książki o taki tytule nie mam w swojej bibliotece i nie znalazłem na półkach w księgarni. Może czas by ją napisać? Są, owszem takie które uczą, że nie ma porażek, a jedynie informacje zwrotne, lub że należy przeszkody traktować jako wyzwanie (Brian Tracy), albo o zaklinaniu rzeczywistości; „przyciągasz to, o czym myślisz”, lub o porażce jako o trampolinie do sukcesu (Thomas Ericson) etc. Nie ma nic o porażkach w moim ulubionym „Podręczniku lidera” Harvard Business Review, niewiele o niej u Coveya.

Wszyscy raczej zachęcają nas do ryzyka, odwagi, wychodzenia ze stref komfortu etc.

„Nazwij i zaakceptuj swoje emocje, przeanalizuj sytuację z dystansu, wyciągnij wnioski, nie uogólniaj jej na całe życie, pielęgnuj swoje poczucie wartości i szukaj wsparcia u bliskich”.

Mądre? Ważne jest przyjęcie, że porażka nas nie określa. Zdarzyła się, zraniła nasze ego, poszczerbiła, zakończyła stratą finansową, albo zwolnieniem. Nawiązując do wykładu mojego guru Jacka Walkiewicza, gdy dziecko przewraca się przy nauce chodzenia nikt nie mówi „koniec, nie wychodzi ci, nie będziesz chodził, będziesz pełzał”.

Naprzeciw wychodzi w tym przypadku psychologia pozytywna. Istotne byśmy nie tracili motywacji, by próbować kolejny raz i kolejny, i kolejny…  

Nie wierzę w powiedzenie często pojawiające się w futbolu „niewykorzystane szanse się mszczą”. W życiu, gdy nie wykorzystamy jednej szansy, pojawi się następna. Bądźcie pewni. Zwykle szczęściu trzeba pomóc, wszak szczęście sprzyja odważnym i aktywnym, ale gdy ucieka jeden autobus, w rozkładzie jazdy jest kolejny i pojawi się, prędzej lub później, a my zdecydujemy, czy do niego wsiądziemy.

Porażkę zaś należy po prostu przyjąć. Nie przekłamywać, że jest czymś innym, nie nazywać jej eufemistycznie szkoleniem, nauką, czy informacją zwrotną. Ukrywanie porażki pod nazwą „lekcji” czy „nauki” jest moim zdaniem mechanizmem obronnym, który utrudnia pełne przeżycie emocji związanej z niepowodzeniem.

Oczywiście głupi ten, co nie wyciągnie wniosków i gdy zaboli go dłoń, którą sięgnął do wrzątku, zrobi to kolejny raz. Porażkę trzeba jednak przetrawić, przetrwać z nią jak z poparzoną ręką.

Czy zastanawialiście się kiedyś, jakie opowiedziane historie; książki lub filmy są najciekawsze? To zwykle te, gdzie akcja toczy się od trudności do trudności, a bohater stawiany jest przez autora wobec szeregu zagrożeń i dylematów. „Film powinien zaczynać się od trzęsienia ziemi, potem zaś napięcie ma nieprzerwanie rosnąć” – powiedział Alfred Hitchcock.

A jak jest z naszym życiem? Jest przecież opowieścią o nas samych, historią w której gramy główną rolę. Może to być nudny spektakl, albo porywający film akcji, dramat, komedia lub romans. Wybór należy do nas – a przynajmniej duża jego część. Przyjęcie głównej roli wiąże się z tym, że przeżyjemy każde z uczuć; euforię sukcesu, gorycz upadku, ciężar porażki, uniesienie miłości, krzywdę zdrady…

To właśnie tworzy z nas ludzi, wyjątkowe istoty, bo żadna inna na tej planecie, a może nawet we wszechświecie nie ma tak skomplikowanych emocji.

Pocieszające są – w pewnym sensie – inne słowa mistrza Hitchcocka; „Oczekiwanie na niebezpieczeństwo jest gorsze niż moment, gdy ono na człowieka spada”. Innymi słowy „nie taki diabeł straszny…”. Niezliczone biliony w przeszłości funkcjonowały z powodzeniem w nieporównywalnie trudniejszej sytuacji, a dla kolejnych pokoleń nasze zgryzoty nie będą istotne. Miliardy ludzi na ziemi dają sobie radę z większymi trudnościami – warto sobie to uświadomić, jakkolwiek nasze problemy są najważniejsze choćby przez to że są NASZE.

Czy jednak będą wciąż istotne dla nas samych, za kilka dni, miesięcy, czy lat?